Kilka dni temu na Planete+ można było obejrzeć francuski dokument Cyfrowy detoks. 90 dni bez internetu. Obejrzałam :-) Myśl przewodnia nie jest nowa i co jakiś czas pojawiają się nowe pojęcia związane z uzależnieniem od internetu.
FOMO - lęk przed tym, że coś nas omija, siecioholizm, nomofobia (No-Mobile-Phobia), cyberchondria (czyli Doktor Google) i kilka innych przypadlości - czy już u siebie rozpoznajecie którąś z nich?
Okazuje się, że już i w Polsce istnieje specjalna oferta wakacyjna, dla tych, którzy chcą się odciąć od elektronicznych bodźców. Czy wiecie, że przeciętnie właściciele smartfona sprawdzają telefon 150 razy dziennie? Gdyby tego nie robili tak często, odzyskali by nawet do kilku godzin dziennie...
Zwykły letni wyjazd też może być dobrą okazją, żeby choć przez kilka dni nie sprawdzać Facebooka czy ulubionych stron. Mi przyjdzie tym łatwiej, że wciąż nie dorobiłam się smartfona i nie czuję się cyfrowym tubylcą:-) Ponadto - jako dodatkowy motywator - w czytniku (ale to się nie liczy, nie ma wi-fi) mam załadowaną odpowiednią lekturę: E-migranci. Pół roku bez internetu, telefonu i telewizji.
Ponoć "dziennie wchłaniamy 34 gigabajty danych – to odpowiednik 100 tysięcy słów. To tak, jakby ktoś przez 12 godzin mówił do nas bez przerwy." (źródło) Może dlatego wszyscy narzekamy na przemęczenie? Czas przejść na infodietę (bo na całkowity detoks niewiele osób może sobie pozwolić). O analogowy rozsądek nawołują także psycholodzy :-)
ilustracja: John Holcroft
Dlaczego warto wylogować się do życia?
- twój mózg odpocznie
- odzyskasz właściwą perspektywę
- będziesz zdrowszy/a
- nie będziesz wyglądał/a tak:
Więcej zdjęć Erica Pickersgilla z projektu Removed znajdziecie tu: www.removed.social
Warto też zajrzeć tu: cyfrowydetox.wordpress.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą styl życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą styl życia. Pokaż wszystkie posty
2 lip 2016
14 sty 2013
Dobre, bo polskie?
Dzisiaj zajmę się rozdzielaniem włosa na czworo zainspirowana gorącą dyskusją na temat bambusowych szczoteczek ecobamboo, które miałam okazję testować. W międzyczasie na facebooku trwała krucjata* przeciwko importerowi tychże szczoteczek, ponieważ:
a) sprowadzanie szczoteczek z Australii nie jest eko (carbon footprint)
b) po dochodzeniu tropicieli ekościem na jaw wyszło, że bambus do szczoteczek sprowadzany jest z Chin, a w Australii są tylko przepakowywane i rozsyłane dalej, żeby ukryć chińską proweniencję bambusa - informacji tej dystrybutor zaprzeczył
Mi też się delikatnie (dzięki) oberwało za stwierdzenie, że "jeśli mam wybierać między plastikiem z Chin, a bambusem z Australii, to poproszę bambus." Europejskie szczoteczki z drewna (i ewentualnie polskie szczoteczki z plastiku, produkowane przez inwalidów) to dla mnie nowość, więc dobrze wiedzieć, że takie są. W moim osiedlowym Tesco króluje chińszczyzna jednak, sprawdziłam. Zrobię jeszcze dogłębny research w temacie i dam znać, ale dziś nie będzie o myciu zębów.
Tylko o lokalności chciałam. Carbon footprint jest jak widać przez niektórych uważany za główny wskaźnik ekonieszczęść tego świata. Niewątpliwie jest w tym sporo racji, ale czy rzeczywiście możliwe jest życie całkowicie lokalne? Bez importowania czegokolwiek w promieniu 30km? Podlinkowany artykuł o dwóch eksperymentach filmowo-życiowych pokazuje, że na dłuższą metę się nie da...
Nawet z jedzeniem jest problem, chyba że ktoś i tak nie pija kawy, herbaty z cytryną i imbirem (uwielbiam), nie spożywa cytrusów i egzotycznych owoców, ani soi, czy quinoa, nie jada czekolady, ma własny ogród i pole pełne orkiszu. Ale ok.
Ubrania...Taaak, mamy polski len, konopie, może polarki czy inne sztuczne włókna (o ile firma, która przetwarza plastik na polar znajduje się w okolicach), o czymś zapomniałam? A, o włóknie z pokrzywy, racja.
Kosmetyki i chemia gospodarcza? Soda, ocet i mydlnica lekarska wystarczy. Na bogato.
Sprzęt elektroniczny? Ekspertką nie jestem, ale zdaje się, że nawet jeśli składany w Polsce, to na podzespołach sprowadzanych z daleka. Ale wszystko da się obejść, odkurzacz można zastąpić miotłą z gałązek, przecież babcia taką miała, pamiętam.
Samochody? Materiały budowlane? Wakacje? (Zapomnijcie o podróży do Indii, czy nawet do Grecji, chyba że autostopem. Ale w sumie już się w życiu najeździłam, a Polska to piękny kraj.) Internet?
W którym momencie kończy się uzasadniona i jak najbardziej pożądana chęć do bycia samowystarczalnym (w ramach lokalnej społeczności), a zaczyna się karboreksja? Wszak z kanonu lektur wiemy, że istnieją granice, których przekroczyć nie wolno :-)
[przerwa na reklamę]
Niestety emisja CO2 nie jest jedynym wyznacznikiem "ekologiczności" życia. Piszę niestety, bo jakże wszystko byłoby wtedy proste, o ile trudnych wyborów mniej...Nie trzeba by się było głowić nad dylematami, czy bambus jest lepszy od plastiku, miód manuka lepszy od lipowego, owoce goji zdrowsze od aronii, a torba z materiału od plastikowej foliówki. A, i jeszcze czy pieluszki wielorazowe sprowadzane z Chin bezpośrednio od producenta będą bardziej czy mniej eko od pieluszek szytych własnoręcznie z materiałów sprowadzanych z USA przez kilkoro pośredników? Trochę kpię, a trochę o drogę pytam. Bo sama nie wiem, serio.
Chyba wrócę do Inteligencji ekologicznej, żeby sobie przypomnieć kilka spraw. Choć i bez tego wiadomo, że czynników, które świadczą o tym, że coś jest eko, jest dużo więcej, więc powraca pytanie, jak żyć i po co :-P
Może zamiast ślepo trzymać się zasady lokalności (lepsza szynka z Prudnika, niż soja z Brazylii), dużo lepiej zrobimy przyrodzie (i sobie), jeśli wyrzucimy ze swojego życia produkty zwierzęce? A może jednak eliminując plastik i produkty z ropy jak bohater filmu "Przepis na klęskę"? Lub przestawiając się na odnawialne źródła energii? I bądź tu mądra, człowieku.
Naprawdę szkoda, że żaden certyfikat i etykieta "eco" nie dają gwarancji, że nasz wybór będzie właściwy. Na 100% po prostu się nie da. Bo życie to w ogóle nie jest ekologiczne (Ruch na rzecz dobrowolnego wymarcia ludzkości się kłania)...
No, dobra, te tematy zostawię sobie na jakiś inny poniedziałek, bo jeszcze pomyślicie, że nie mam większych zmartwień...
No, dobra, te tematy zostawię sobie na jakiś inny poniedziałek, bo jeszcze pomyślicie, że nie mam większych zmartwień...
Dziś nie mam.
* żadna tam krucjata, w sumie kulturalna dyskusja, a ile się można o szczoteczkach i greenwashingu dowiedzieć...
9 paź 2012
Pastor zakłada freeshop
I jeszcze jeden wpis z serii decluttering, czyli odgruzowywania przestrzeni. Natchnęła mnie wczorajsza informacja z opolskiej TV o Szafie Dobrej Wróżki. Całkiem ładna nazwa dla freeshopu, bo w gruncie rzeczy to o niego chodzi, a nie o jakiś tam szmateks, czy sklep charytatywny.
Patronat kościelny dobrze wróży tej inicjatywie, chętnie tam zajrzę, ale już po Ekobazarze, na którym też organizujemy freeshop. Będzie można przynieść rzeczy niepotrzebne (ale w dobrym stanie) i zabrać do domu coś, co się nam spodoba i przyda. Całkowicie za darmo. Naprawdę jestem ciekawa, ile osób się przyłączy.
Zatem krótkie resume tego, co można zrobić z używanymi ciuchami:
1. sprzedać (pracochłonne, ale niektórzy lubią ten dreszcz emocji towarzyszący wystawianiu aukcji...)
2. wymienić (równie czasochłonne, ale satysfakcja z udanej wymianki jest tego warta)
3. oddać (tu mamy różnego rodzaju sklepy charytatywne: Sue Ryder, Emmaus, Pudełko, organizacje pomocowe - Caritas, domy samotnej matki, PCK, DPSy, czy Chrześcijańska Służba Charytatywna albo akcje typu Ciuch w ruch). Stare ręczniki, prześcieradła, kołdry, koce są mile widziane w każdym schronisku dla zwierząt
4. przerobić (trzeba mieć pomysł i trochę zdolności manualnych, tudzież maszynę/szydełko)
5. wyrzucić (najszybciej, najprościej. Uwaga - pojemniki na odzież, które kiedyś należały do PCK, od kilku należą do firmy komercyjnej, która przerabia odzież na czyściwo albo sprzedaje. Zawsze to jednak lepiej, niż gdyby szmaty miały trafić na wysypisko)
Patronat kościelny dobrze wróży tej inicjatywie, chętnie tam zajrzę, ale już po Ekobazarze, na którym też organizujemy freeshop. Będzie można przynieść rzeczy niepotrzebne (ale w dobrym stanie) i zabrać do domu coś, co się nam spodoba i przyda. Całkowicie za darmo. Naprawdę jestem ciekawa, ile osób się przyłączy.
Zatem krótkie resume tego, co można zrobić z używanymi ciuchami:
1. sprzedać (pracochłonne, ale niektórzy lubią ten dreszcz emocji towarzyszący wystawianiu aukcji...)
2. wymienić (równie czasochłonne, ale satysfakcja z udanej wymianki jest tego warta)
3. oddać (tu mamy różnego rodzaju sklepy charytatywne: Sue Ryder, Emmaus, Pudełko, organizacje pomocowe - Caritas, domy samotnej matki, PCK, DPSy, czy Chrześcijańska Służba Charytatywna albo akcje typu Ciuch w ruch). Stare ręczniki, prześcieradła, kołdry, koce są mile widziane w każdym schronisku dla zwierząt
4. przerobić (trzeba mieć pomysł i trochę zdolności manualnych, tudzież maszynę/szydełko)
5. wyrzucić (najszybciej, najprościej. Uwaga - pojemniki na odzież, które kiedyś należały do PCK, od kilku należą do firmy komercyjnej, która przerabia odzież na czyściwo albo sprzedaje. Zawsze to jednak lepiej, niż gdyby szmaty miały trafić na wysypisko)
9 kwi 2011
Zero złotych na ciuchy
czyli rok bez kupowania nowych ubrań. Zupełnie świeża edycja na blogu nr 1:
1. Zero złotych na ciuchy
"A może by tak przez rok nie wydawać pieniędzy na ciuchy? Zaprotestować przeciwko szałowi kupowania i zalewem chińskiej tandety? Docenić wymianki, przeróbki i inne takie? Podejmij wyzwanie. Może być miesiąc, dwa, a za zaoszczędzone pieniądze wyjedziesz na Hawaje :)
Zasady gry:
1. Nie kupujemy ubrań, butów, toreb, biżuterii, ani innych dodatków.
2. Nie kupujemy materiałów, włóczek, pasmanterii, ani innych gadżetów (można odzyskiwać ze starych ubrań).
3. Niedopuszczalna jest kradzież.
4. Dopuszczalne są prezenty (ale nie od partnera, jeśli mamy wspólne konto), wymianki, znaleziska, przeróbki i inne formy legalnej bezgotówkowej zdobyczy.Chętni mogą dołączać także na fb.
2. Na dwoje babka wróżyła
Indywidualna akcja Karoliny Domagalskiej, która rozpoczęła się w lutym zeszłego roku. Zasady podobne, czyli:
- kupować rzeczy w ciuchlandzie, ale pod warunkiem, że na miejsce każdej przyniesionej do domu rzeczy jedną rzecz z szafy oddaje komuś, sprzedaję (np. na allegro) albo wymieniam
- w sytuacji awaryjnej mogę zakupić coś nowego z bielizny (czyli majtki, albo stanik, żadnych skarpetek! a gatki najlepiej z materiału z bambusa)
- mogę szyć z ubrań, które posiadam oraz z materiałów kupionych w ciuchlandach
- mogę dziergać z tego co mam lub z wełny kupionej w chuchlandach
Czy Karolinie udało się wytrwać cały rok? Poczytajcie...
A wy? Dołączycie się?
1. Zero złotych na ciuchy
"A może by tak przez rok nie wydawać pieniędzy na ciuchy? Zaprotestować przeciwko szałowi kupowania i zalewem chińskiej tandety? Docenić wymianki, przeróbki i inne takie? Podejmij wyzwanie. Może być miesiąc, dwa, a za zaoszczędzone pieniądze wyjedziesz na Hawaje :)
Zasady gry:
1. Nie kupujemy ubrań, butów, toreb, biżuterii, ani innych dodatków.
2. Nie kupujemy materiałów, włóczek, pasmanterii, ani innych gadżetów (można odzyskiwać ze starych ubrań).
3. Niedopuszczalna jest kradzież.
4. Dopuszczalne są prezenty (ale nie od partnera, jeśli mamy wspólne konto), wymianki, znaleziska, przeróbki i inne formy legalnej bezgotówkowej zdobyczy.Chętni mogą dołączać także na fb.
2. Na dwoje babka wróżyła
Indywidualna akcja Karoliny Domagalskiej, która rozpoczęła się w lutym zeszłego roku. Zasady podobne, czyli:
- kupować rzeczy w ciuchlandzie, ale pod warunkiem, że na miejsce każdej przyniesionej do domu rzeczy jedną rzecz z szafy oddaje komuś, sprzedaję (np. na allegro) albo wymieniam
- w sytuacji awaryjnej mogę zakupić coś nowego z bielizny (czyli majtki, albo stanik, żadnych skarpetek! a gatki najlepiej z materiału z bambusa)
- mogę szyć z ubrań, które posiadam oraz z materiałów kupionych w ciuchlandach
- mogę dziergać z tego co mam lub z wełny kupionej w chuchlandach
Czy Karolinie udało się wytrwać cały rok? Poczytajcie...
A wy? Dołączycie się?
21 maj 2009
Chyba jestem chora...
o swojej chorobie przeczytałam dziś w Wolnych Mediach. Tzn. jeszcze nie jest tragicznie, ale chyba dopadła mnie karboreksja...
Chory na karboreksję jest z pewnością autor dokumentalnego filmu Recepta na klęskę (Recipes for Disaster), John Webster, Finlandia, 2008, 85 min. Postanowił on przez cały rok żyć w taki sposób, aby maksymalnie ograniczyć emisję CO2, wyeliminować z życia rodziny plastik i samochód, za cenę spokoju i szczęścia rodzinnego. Co prawda nie widziałam tego filmu, ale czytałam o nim długi artykuł w GW i mam nadzieję, że wpadnie on w moje ręce (film, nie artykuł), a wtedy napiszę więcej :-)
"Karborektyk hoduje własne warzywa i kury, wszystkie posiłki przygotowuje bez gotowania, kanapki do pracy od kilku miesięcy pakuje w jeden i ten sam worek po chipsach. Karborektyk nie tylko ma obsesję na punkcie selekcjonowania swoich śmieci – bo to jest oczywiste – ale dodatkowo selekcjonuje odpady sąsiadów. Osoby dotknięte karboreksją z czasem mogą stracić mniej ekologicznych przyjaciół, bo nie są w stanie zaakceptować ich bezmyślnego stylu życia, czyli tego, że posiadają samochody, latają na wakacje samolotami i włączają w domu ogrzewanie, zamiast ubrać na siebie kolejny polar."
Chory na karboreksję jest z pewnością autor dokumentalnego filmu Recepta na klęskę (Recipes for Disaster), John Webster, Finlandia, 2008, 85 min. Postanowił on przez cały rok żyć w taki sposób, aby maksymalnie ograniczyć emisję CO2, wyeliminować z życia rodziny plastik i samochód, za cenę spokoju i szczęścia rodzinnego. Co prawda nie widziałam tego filmu, ale czytałam o nim długi artykuł w GW i mam nadzieję, że wpadnie on w moje ręce (film, nie artykuł), a wtedy napiszę więcej :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)







