...jeśli jest wszystko w porządku, śpiewał kiedyś Jacek Kleyff z Orkiestrą Na Zdrowie. Bardzo lubię całą płytę, a ta piosenka szczególnie dobrze komponuje się z zaduszkowym klimatem.
Takie przypomnienie, że śmierć sama w sobie nie jest ani dobra, ani zła, po prostu jest częścią wielkiego kręgu życia (jak z kolei powiedziałby Król Lew) :-)
"Według dr Roberta Lanza, uznanego przez New York Times’a za trzeciego najważniejszego żyjącego naukowca, życie nie kończy się, gdy ciało
umiera i praktycznie może trwać wiecznie. Według jego teorii biocentryzmu to świadomość jest podstawą wszechświata. Tworzą ona
materialny wszechświat a nie odwrotnie. Lanza wskazuje na to, że prawa natury i stałe kosmologiczne wydają się być dostrojone do tego, aby
istniało życie. Jego zdaniem wynika z tego, że inteligencja istniała przed materią." (stąd)
Współcześnie raczej o tym zapominamy i w ogóle staramy się wypchnąć śmierć z naszego życia. Niedawno Koko na fejsie przypomniała dobry dokument M. Szumowskiej o oswajaniu śmierci na mazurskich wioskach:
W miastach o śmierci się nie mówi, nie pisze, nie dyskutuje. Nie pielęgnuje się rytuałów przejścia (chyba że stypę uznamy za rytuał), osoby w żałobie traktuje się jak trędowate, tak jakby udawanie, że śmierć nie istnieje sprawiało, że będziemy żyli wiecznie. No więc, nie będziemy. Chyba że...
Jakiś czas w ekomediach głośno było o bio urnach, czyli takich biodegradowalnych urnach z nasionkiem. Sadząc prochy bliskiej osoby i pielęgnując takie miejsce, możemy mieć nadzieję, że kiedyś na tym miejscu wyrośnie drzewo. Baardzo do mnie przemawia taka idea - las zamiast cmentarza, ach. Niestety prawnie w Polsce taka opcja nie jest możliwa, problematyczne jest nawet rozsypanie prochów w dowolnie wybranym miejscu.Natomiast w Czechach można kupić bio urnę za 1400koron (czyli jakieś 220zł), także w wersji na prochy ukochanego zwierzaka. Kolejny argument za emigracją do kraju Krecika :-)
1 lis 2015
28 paź 2015
Cyrk tak, ale bez zwierząt!
Cała Polska chce cyrku bez zwierząt! Bo cyrk ze zwierzętami jest zdecydowanie passe. W kilku miastach doszło nawet do oficjalnych posunięć - podpisania uchwał zabraniających cyrkom ze zwierzętami występów na terenach należących do miasta. I super.
Reszta miast zbiera podpisy, w tym Opole :-) Na stronie Koalicji CYRK BEZ ZWIERZĄT można podejrzeć kto, gdzie i kiedy protestuje i jak można się przyłączyć do akcji.
Bytom, Wałbrzych, Łódź, Kraków, Kędzierzyn-Koźle, Ostrołęka, Piła, Zabrze, Wrocław, Płock, Warszawa, Zielona Góra, Toruń - to już wygląda na pospolite ruszenie. Oby politycy/urzędnicy posłuchali tych głosów...
I jeszcze w skrócie - kilka faktów ze strony kampanii Cyrk bez zwierząt:
1. Zwierzęta nie znajdują się w cyrku z własnej woli. Prawie całe życie spędzają w klatkach, poza chwilami przeznaczonymi na tresurę i występy...
2. Treserzy zmuszają zwierzęta do nienaturalnych zachowań i poddaństwa za pomocą haków, elektrycznych pałek czy pejczy, narażając ich zdrowie, a nawet życie.
3. Ministerstwo Edukacji Narodowej i Sportu określiło nakłanianie dzieci do uczestnictwa w występach cyrków ze zwierzętami jako działalność niepożądaną. Według MENiS jest to niezgodne z Konwencją Praw Dziecka podkreślającą, iż nauka powinna być ukierunkowana na rozwijanie w dziecku poszanowania środowiska naturalnego.
4. Wykorzystywanie zwierząt w cyrku prowadzi często do poważnych wypadków, które są nieuniknionymi konsekwencjami przetrzymywania dzikich istot w niewoli. Niejednokrotnie lwy czy tygrysy atakują ludzi podczas tresury i występów.
5. Cyrk bez zwierząt jest możliwy! Wielka Brytania, Austria, Belgia, Słowenia, Węgry, Chorwacja, Holandia, Izrael, Panama, Peru, Paragwaj, Singapur, Ekwador, Kostaryka to kraje, w których obowiązuje zakaz wykorzystywania dzikich zwierząt w cyrkach. Na świecie jest wiele cyrków bez zwierząt, jak choćby Baobab, Cirque du Soleil, Circus Hassani czy The Blackpool Tower Circus. W Polsce istnieje m.in. Teatr Avatar, zajmujący się teatrem ognia, tańcem, akrobatyką i jazdą na monocyklu. W Szczecinie działa Cyrk Zodiak, który oprócz występów prowadzi również warsztaty dla dzieci i młodzieży, łącząc zabawę z edukacją.
Reszta miast zbiera podpisy, w tym Opole :-) Na stronie Koalicji CYRK BEZ ZWIERZĄT można podejrzeć kto, gdzie i kiedy protestuje i jak można się przyłączyć do akcji.
Bytom, Wałbrzych, Łódź, Kraków, Kędzierzyn-Koźle, Ostrołęka, Piła, Zabrze, Wrocław, Płock, Warszawa, Zielona Góra, Toruń - to już wygląda na pospolite ruszenie. Oby politycy/urzędnicy posłuchali tych głosów...
I jeszcze w skrócie - kilka faktów ze strony kampanii Cyrk bez zwierząt:
1. Zwierzęta nie znajdują się w cyrku z własnej woli. Prawie całe życie spędzają w klatkach, poza chwilami przeznaczonymi na tresurę i występy...
2. Treserzy zmuszają zwierzęta do nienaturalnych zachowań i poddaństwa za pomocą haków, elektrycznych pałek czy pejczy, narażając ich zdrowie, a nawet życie.
3. Ministerstwo Edukacji Narodowej i Sportu określiło nakłanianie dzieci do uczestnictwa w występach cyrków ze zwierzętami jako działalność niepożądaną. Według MENiS jest to niezgodne z Konwencją Praw Dziecka podkreślającą, iż nauka powinna być ukierunkowana na rozwijanie w dziecku poszanowania środowiska naturalnego.
4. Wykorzystywanie zwierząt w cyrku prowadzi często do poważnych wypadków, które są nieuniknionymi konsekwencjami przetrzymywania dzikich istot w niewoli. Niejednokrotnie lwy czy tygrysy atakują ludzi podczas tresury i występów.
5. Cyrk bez zwierząt jest możliwy! Wielka Brytania, Austria, Belgia, Słowenia, Węgry, Chorwacja, Holandia, Izrael, Panama, Peru, Paragwaj, Singapur, Ekwador, Kostaryka to kraje, w których obowiązuje zakaz wykorzystywania dzikich zwierząt w cyrkach. Na świecie jest wiele cyrków bez zwierząt, jak choćby Baobab, Cirque du Soleil, Circus Hassani czy The Blackpool Tower Circus. W Polsce istnieje m.in. Teatr Avatar, zajmujący się teatrem ognia, tańcem, akrobatyką i jazdą na monocyklu. W Szczecinie działa Cyrk Zodiak, który oprócz występów prowadzi również warsztaty dla dzieci i młodzieży, łącząc zabawę z edukacją.
21 paź 2015
Żołędziki
Kiedy ostatni raz robiliście ludziki z kasztanów i żołędzi? Niektórzy z tego nie wyrastają :-)
Na przykład autor strony dubanci.cz wygląda na takiego, który nigdy nie wyrośnie. I całe szczęście, bo cuda potrafi wyczarować z pospolitych żołędzi:
Obserwować można także na fejsie: https://www.facebook.com/dubanci
Na przykład autor strony dubanci.cz wygląda na takiego, który nigdy nie wyrośnie. I całe szczęście, bo cuda potrafi wyczarować z pospolitych żołędzi:
Obserwować można także na fejsie: https://www.facebook.com/dubanci
14 paź 2015
Skup surowców wtórnych - czy to się opłaca?
Natrafiłam dzisiaj na info o skupie kasztanów i żołędzi i to mnie natchnęło do poszperania w sieci, co jeszcze można sprzedać dla zysku :-)
Na pewno nie opłaca się oddawać szkła, kilogram stłuczki kosztuje zaledwie 2 grosze, a butelek zwrotnych jak na lekarstwo. Wciąż nie rozumiem, dlaczego ten system w Polsce zaniknął, a w Czechach i Niemczech kwitnie w najlepsze i automaty do skupu butelek są w każdym supermarkecie... Mało tego, w Niemczech i Holandii skupują także butelki PET i puszki, i to w walucie europejskiej, zazdrość :-)
Podobno w Lublinie pojawiły się pilotażowo takie 3 automaty, ale informacja jest sprzed 3 lat i nie wiem, czy to aktualne. Jeśli czyta mnie Lublin, to dajcie znać :-)
No, ale zostawmy butelki i skupmy się na czymś bardziej dochodowym. Z analiz dostępnych w sieci cenników wynika, że najbardziej opłaca się sprzedawać elektrośmieci - za kilogram złotych pamięci RAM dostaniemy prawie 100zł, podobnie wzbogacić się można sprzedając procesory. Tańsze są płyty główne ze starych pecetów - od 11 do 25zł/kg.
Czemu tak dużo? Bo to złoty interese, z elektroczęści i podzespołów odzyskuje się metale szlachetne:
Opłaca się także zbierać złom i aluminium. Za kilogram puszek (ok. 60 sztuk) w skupie otrzymamy ok. 3-4 zł. Zbieracze puszek są w stanie zarobić kilkanaście złotych dziennie, ale ciężka to praca, a i konkurencja spora.
Poza tym warto sprzedawać miedź i mosiądz - ok. 20zł za kilogram, lecz rzadko się spotyka takie skarby w koszu na śmieci.
Z innymi surowcami szału nie ma:
papier w zależności od rodzaju (karton czy gazetowy) - 10-25 groszy/kg, butelki PET - 0,30 zł, folia PET - 0,50zł. Podobne ceny za kilogram dotyczą plastikowych nakrętek - 0,50 zł, płyt CD - 0,70zł i pudełek po płytach - 0.50zł.
Podsumowując - indywidualne zbieractwo nie jest dochodowym biznesem (zwłaszcza, jeśli skup jest daleko i do imprezy doliczamy cenę paliwa), ale w większej firmie albo hurtowni może stanowić całkiem niezły bonus.
Dla większej motywacji
Na pewno nie opłaca się oddawać szkła, kilogram stłuczki kosztuje zaledwie 2 grosze, a butelek zwrotnych jak na lekarstwo. Wciąż nie rozumiem, dlaczego ten system w Polsce zaniknął, a w Czechach i Niemczech kwitnie w najlepsze i automaty do skupu butelek są w każdym supermarkecie... Mało tego, w Niemczech i Holandii skupują także butelki PET i puszki, i to w walucie europejskiej, zazdrość :-)
Podobno w Lublinie pojawiły się pilotażowo takie 3 automaty, ale informacja jest sprzed 3 lat i nie wiem, czy to aktualne. Jeśli czyta mnie Lublin, to dajcie znać :-)
No, ale zostawmy butelki i skupmy się na czymś bardziej dochodowym. Z analiz dostępnych w sieci cenników wynika, że najbardziej opłaca się sprzedawać elektrośmieci - za kilogram złotych pamięci RAM dostaniemy prawie 100zł, podobnie wzbogacić się można sprzedając procesory. Tańsze są płyty główne ze starych pecetów - od 11 do 25zł/kg.
Czemu tak dużo? Bo to złoty interese, z elektroczęści i podzespołów odzyskuje się metale szlachetne:
Opłaca się także zbierać złom i aluminium. Za kilogram puszek (ok. 60 sztuk) w skupie otrzymamy ok. 3-4 zł. Zbieracze puszek są w stanie zarobić kilkanaście złotych dziennie, ale ciężka to praca, a i konkurencja spora.
Poza tym warto sprzedawać miedź i mosiądz - ok. 20zł za kilogram, lecz rzadko się spotyka takie skarby w koszu na śmieci.
Z innymi surowcami szału nie ma:
papier w zależności od rodzaju (karton czy gazetowy) - 10-25 groszy/kg, butelki PET - 0,30 zł, folia PET - 0,50zł. Podobne ceny za kilogram dotyczą plastikowych nakrętek - 0,50 zł, płyt CD - 0,70zł i pudełek po płytach - 0.50zł.
Podsumowując - indywidualne zbieractwo nie jest dochodowym biznesem (zwłaszcza, jeśli skup jest daleko i do imprezy doliczamy cenę paliwa), ale w większej firmie albo hurtowni może stanowić całkiem niezły bonus.
Dla większej motywacji
9 paź 2015
Jest taka sprawa - stop TTIP
Słyszeliście o TTIP lub TAFTA? A o ACTA? A o GMO? Tajemnicze skróty mają więcej wspólnego z polityką niż z ekologią, ale jednak.
Zacznijmy od początku.
TIPP to transatlantyckie partnerstwo w sprawie handlu i inwestycji, które USA chcą zawrzeć z Unią Europejską.
Partnerstwo brzmi ładnie, ale to tylko pozory. Pozwalając na TIPP zgadzamy się, aby prawa korporacji stały ponad prawodawstwem krajowym. Powołując się na TIPP nadnarodowe firmy mogą dochodzić swoich roszczeń, niezależnie od tego, jak bardzo absurdalne one się wydają.
Przykłady? Polska musiała zapłacić 2 mld EUR holenderskiej spółce Eureko, która chciała sprywatyzować polskie PZU.
"Potężny koncern tytoniowy, Philipp Morris domagał się od Australii i Urugwaju ogromnych odszkodowań za oznaczenia ostrzegające przed skutkami palenia na paczkach papierosów. Koncern Occidental Petroleum po zawieszeniu koncesji na wydobycie ropy w rejonie Amazonki wywalczył w sądzie arbitrażowym 2,3 mld euro odszkodowania od Ekwadoru. "
Po podpisaniu TTIP może okazać się, że do Europy trafi żywność, która dotychczas nie była dopuszczona na europejskie rynki, bo nie nie spełniała unijnych norm jakości i bezpieczeństwa. To oznacza, że w sklepach może pojawić się nieoznakowana żywność GMO, mięso drobiowe odkażane chlorem, czy wołowina faszerowana hormonami wzrostu i antybiotykami.
Zagrożone sa także nasze dane osobowe oraz bezpieczeństwo środowiska.
Przykładów świadczących, o tym, że dla koncernów liczy się tylko kasa, a nie zdrowie i przyroda, jest więcej, chociaż większość ze spraw prowadzonych przez sądy arbitrażowe ISDS (nowa nazwa dla TIPP) nie jest upublicznianych. Żeby dodatkowo zaciemnić sytuację, wszystkie obrady na szczeblu europejskim odbywają się za zamkniętymi drzwiami, bez konsultacji publicznych.
A jednak można cos zrobić.
Wszystko jest ładnie opisane przez fundację Akcja Demokracja na stronie petycji NIE dla sądów arbitrażowych w TIPP. Wystarczy przeczytać i - jeśli też jesteście zaniepokojeni - dołączyć swój podpis.
Więcej: www.uwagattip.pl
Zacznijmy od początku.
TIPP to transatlantyckie partnerstwo w sprawie handlu i inwestycji, które USA chcą zawrzeć z Unią Europejską.
Partnerstwo brzmi ładnie, ale to tylko pozory. Pozwalając na TIPP zgadzamy się, aby prawa korporacji stały ponad prawodawstwem krajowym. Powołując się na TIPP nadnarodowe firmy mogą dochodzić swoich roszczeń, niezależnie od tego, jak bardzo absurdalne one się wydają.
Przykłady? Polska musiała zapłacić 2 mld EUR holenderskiej spółce Eureko, która chciała sprywatyzować polskie PZU.
"Potężny koncern tytoniowy, Philipp Morris domagał się od Australii i Urugwaju ogromnych odszkodowań za oznaczenia ostrzegające przed skutkami palenia na paczkach papierosów. Koncern Occidental Petroleum po zawieszeniu koncesji na wydobycie ropy w rejonie Amazonki wywalczył w sądzie arbitrażowym 2,3 mld euro odszkodowania od Ekwadoru. "
Po podpisaniu TTIP może okazać się, że do Europy trafi żywność, która dotychczas nie była dopuszczona na europejskie rynki, bo nie nie spełniała unijnych norm jakości i bezpieczeństwa. To oznacza, że w sklepach może pojawić się nieoznakowana żywność GMO, mięso drobiowe odkażane chlorem, czy wołowina faszerowana hormonami wzrostu i antybiotykami.
Zagrożone sa także nasze dane osobowe oraz bezpieczeństwo środowiska.
Przykładów świadczących, o tym, że dla koncernów liczy się tylko kasa, a nie zdrowie i przyroda, jest więcej, chociaż większość ze spraw prowadzonych przez sądy arbitrażowe ISDS (nowa nazwa dla TIPP) nie jest upublicznianych. Żeby dodatkowo zaciemnić sytuację, wszystkie obrady na szczeblu europejskim odbywają się za zamkniętymi drzwiami, bez konsultacji publicznych.
A jednak można cos zrobić.
Wszystko jest ładnie opisane przez fundację Akcja Demokracja na stronie petycji NIE dla sądów arbitrażowych w TIPP. Wystarczy przeczytać i - jeśli też jesteście zaniepokojeni - dołączyć swój podpis.
Więcej: www.uwagattip.pl
30 wrz 2015
Rowerowe inkarnacje
Oczywiście wszyscy bajkerzy wiedzą, że rowery po śmierci idą do nieba. Jednak czasem można im życie przedłużyć, nawet jak już nie da się na nich jeździć.
O rowerowych meblach już kiedyś była wzmianka, o rowerach-maszynach do wszystkiego też. Są jeszcze inne pomysły:
1. Rower łazienkowy (pomysł i wykonanie Benjamin Bullins)
2. Stolik (by Grishbabu Uppin)
3. Huśtawka (by Ben Wilson)
4. Ryby na rowerach - Fish on Bikes by Daren Greenhow
5. Bike street art (José Rodrigo Octavio - Ipanema, Rio de Janeiro)
O rowerowych meblach już kiedyś była wzmianka, o rowerach-maszynach do wszystkiego też. Są jeszcze inne pomysły:
1. Rower łazienkowy (pomysł i wykonanie Benjamin Bullins)
2. Stolik (by Grishbabu Uppin)
3. Huśtawka (by Ben Wilson)
4. Ryby na rowerach - Fish on Bikes by Daren Greenhow
5. Bike street art (José Rodrigo Octavio - Ipanema, Rio de Janeiro)
21 wrz 2015
Stare zabawki - cz.IV
Do dzisiejszego wpisu zmusiła mnie grafika "Dzieci vs konsumpcjonizm" zamieszczona na fp Kupuj Odpowiedzialnie:
No, a co zrobić z tą górą zabawek, którymi twoje dziecko już się nie bawi?
Wypożyczalnie zabawek jakoś się w Polsce nie przyjęły, więc pozostają wymianki, darowizny, no i śmietnik...
Można też pójść w stronę upcyklingu i próbować jakoś te rzeczy przerobić. Na przykład tak:
1. Auta na donice
2. Dinozaura na stojak na biżu (stąd):
3. Słonia na stojak na szczoteczki do zębów (stąd):
4. Drewniane klocki na wieszaczki (stąd):
5. Misia na pamiątkowy obrazek (stąd):
6. Kostki do gry na USB (instrukcja):
7. Dziurawą piłkę plażową na torbę na zabawki (stąd):
8. Planszę do Twistera na zasłonkę prysznicową (stąd):
9. I jeszcze raz Twister, tym razem w roli płaszcza przeciwdeszczowego (tutorial):
10. Najcudowniejsze na koniec :-)
(stąd)
No, a co zrobić z tą górą zabawek, którymi twoje dziecko już się nie bawi?
Wypożyczalnie zabawek jakoś się w Polsce nie przyjęły, więc pozostają wymianki, darowizny, no i śmietnik...
Można też pójść w stronę upcyklingu i próbować jakoś te rzeczy przerobić. Na przykład tak:
1. Auta na donice
2. Dinozaura na stojak na biżu (stąd):
3. Słonia na stojak na szczoteczki do zębów (stąd):
4. Drewniane klocki na wieszaczki (stąd):
5. Misia na pamiątkowy obrazek (stąd):
6. Kostki do gry na USB (instrukcja):
7. Dziurawą piłkę plażową na torbę na zabawki (stąd):
8. Planszę do Twistera na zasłonkę prysznicową (stąd):
9. I jeszcze raz Twister, tym razem w roli płaszcza przeciwdeszczowego (tutorial):
10. Najcudowniejsze na koniec :-)
(stąd)
14 wrz 2015
Ekopapier - greenwashing na przykładach cz.5
Czasem każdy potrzebuje coś wydrukować, a drukarki stały się wręcz sprzętem domowym. Ale co z papierem? Nietrudno zdobyć ekologiczny papier do drukarki w ryzach. Ekologiczny, bo z makulatury, lub przynajmniej z certyfikatem FSC (co oznacza, że firma papiernicza prowadzi politykę zrównoważonego rozwoju i za wycięte przez siebie drzewa, sadzi gdzieś nowe). I często jest tylko nieznacznie droższy, więc nie ma przebacz :-P
Inna sprawa, że papier biurowy z makulatury musi być importowany, ponieważ w Polsce się go nie produkuje... (opracowanie Analiza rynkowa dostępności papieru pochodzącego z recyklingu w Polsce, strona 9). Czyli dodatkowo emisja CO2 związanego z transportem takiego papieru, ot dylematy ekologa...
Gorzej, jeśli człowiek chce wydrukować plakaty, ulotki, wizytówki, foldery i inne okolicznościowe publikacje. Znaleźć drukarnię, która ma w ofercie druk na papierze z recyklingu nie jest tak łatwo. W dodatku taki papier bywa nawet 2x droższy od "normalnego", który jak się okazuje - wcale nie jest normalny. Tzn. bardzo niewiele jest w nim celulozy z drzew, za to więcej dodatków - kleju, kredy, wypełniaczy...
Jakiś czas temu potrzebowałam wydrukować broszurę w ilości 1000 sztuk. Ile się naszukałam firmy, gdzie zrobią to na papierze z recyklingu, to moje. Teraz, po kilku latach, odpuściłabym druk, pozostając jedynie przy wersji elektronicznej...BTW - gdyby ktoś potrzebował wersji papierowej Ekobobasa, to jeszcze gdzieś mam, mogę wysłać (najlepiej hurtem) :-)
*** Przerwa na dygresję odnośnie papieru bezdrzewnego - kolejnej formy greenwashingu (nazwa wprowadza w błąd).
Swego czasu wydawnictwo BioBooks wydawało książki na papierze bezdrzewnym. Nazwa sugeruje ekologiczność i że do produkcji takiego papieru nie trzeba wycinać drzew. Niestety, "pojęcie papier bezdrzewny jest niezbyt fortunnym zwyczajowym określeniem papieru wytwarzanego wyłącznie z masy celulozowej, otrzymywanej w procesie roztwarzania drewna z użyciem chemikaliów. Na pewno nie jest to papier wytwarzany z makulatury. - przyznaje Zbigniew Firnalski – Dyrektor Biura Stowarzyszenia Papierników Polskich (Zielone Brygady). Poza tym że papier bezdrzewny w istocie jest drzewny, to jeszcze jego produkcja wymaga dużo więcej wody i energii (oraz drzew) niż produkcja zwykłego papieru. A zatem - bzdura.
Ze strony wydawnictwa BioBooks nie doczekałam się odpowiedzi, dlaczego zdecydowali się na taki właśnie papier. Zakładam, że nie było to wynikiem złej woli, a raczej niewiedzy. W każdym razie Was przed papierem bezdrzewnym przestrzegam [a teraz każcie ostatnie trzy słowa wypowiedzieć cudzoziemcowi, który uczy się polskiego :-)]. Koniec dygresji.
Pora na greenwashing w czystej postaci: strona www.internationalpaper.com, a na niej takie kwiatki:
"Dzięki produkcji papieru rośnie więcej drzew.(...) Zapotrzebowanie na papier przyczynia się więc do rozwoju lasów. Na tym właśnie polega urok surowca odnawialnego."
Tak się jednak składa, że priorytetowe działanie z zasady 3R, to reduce, czyli ograniczaj. Dopiero na kolejnych miejscach mamy reuse (używaj ponownie) i na końcu recykling (przetwarzaj). Natomiast wspomniana strona zachęca do korzystania z papieru do woli, dzięki czemu poprawimy swoją wydajność i kreatywność. "Ograniczenie zużycia papieru to złudna oszczędność." - hmm.
Cała publikacja sprytnie operuje faktami, akcentując że w Europie sadzi się więcej drzew niż się wycina, a pomijając całkowicie informacje dotyczące chemicznych zanieczyszczeń pochodzących z zakładów papierniczych, czy zużycia wody podczas produkcji. Bagatelizuje się emisję CO2 spowodowaną produkcją papieru, powołując się na fakt, że wszystko ma swój slad węglowy, nawet kotlet i nie dajmy się wcisnąć w matrix poczucia winy z tego powodu.
Aby czytelnik nie popadł w karboreksję i nie zaczął przypadkiem myśleć o redukcji zużycia papieru może usprawiedliwić się cytatem: "Sektory leśny, papierniczy i opakowaniowy to jedne z najbardziej ekologicznych gałęzi przemysłu, jakie istnieją."
Ech, gałęzie opadają, a producenci papieru zacierają ręce...
(Marnując papier, zabijasz nie tylko drzewa.)
A tymczasem zużycie papieru w Europie wciąż rośnie. Osiemdziesiąt milionów ton rocznie... Osiemdziesiąt. Milionów. Ton. Aż trudno sobie wyobrazić taką ilość.
I choć wskaźnik recyklingu jest dosyć wysoki (71% w 2012 roku), to wiele ton papieru (jakieś 30% ogólnej produkcji) w ogóle nie nadaje się na makulaturę. Jest to tzw. papier tissue/higieniczny, czyli chusteczki higieniczne, papierowe ręczniki i nasz dobry przyjaciel - papier toaletowy...
Ale to już temat na oddzielny post :-)
Moje inne posty na temat greenwashingu: tutaj
Inna sprawa, że papier biurowy z makulatury musi być importowany, ponieważ w Polsce się go nie produkuje... (opracowanie Analiza rynkowa dostępności papieru pochodzącego z recyklingu w Polsce, strona 9). Czyli dodatkowo emisja CO2 związanego z transportem takiego papieru, ot dylematy ekologa...
Gorzej, jeśli człowiek chce wydrukować plakaty, ulotki, wizytówki, foldery i inne okolicznościowe publikacje. Znaleźć drukarnię, która ma w ofercie druk na papierze z recyklingu nie jest tak łatwo. W dodatku taki papier bywa nawet 2x droższy od "normalnego", który jak się okazuje - wcale nie jest normalny. Tzn. bardzo niewiele jest w nim celulozy z drzew, za to więcej dodatków - kleju, kredy, wypełniaczy...
Jakiś czas temu potrzebowałam wydrukować broszurę w ilości 1000 sztuk. Ile się naszukałam firmy, gdzie zrobią to na papierze z recyklingu, to moje. Teraz, po kilku latach, odpuściłabym druk, pozostając jedynie przy wersji elektronicznej...BTW - gdyby ktoś potrzebował wersji papierowej Ekobobasa, to jeszcze gdzieś mam, mogę wysłać (najlepiej hurtem) :-)
*** Przerwa na dygresję odnośnie papieru bezdrzewnego - kolejnej formy greenwashingu (nazwa wprowadza w błąd).
Swego czasu wydawnictwo BioBooks wydawało książki na papierze bezdrzewnym. Nazwa sugeruje ekologiczność i że do produkcji takiego papieru nie trzeba wycinać drzew. Niestety, "pojęcie papier bezdrzewny jest niezbyt fortunnym zwyczajowym określeniem papieru wytwarzanego wyłącznie z masy celulozowej, otrzymywanej w procesie roztwarzania drewna z użyciem chemikaliów. Na pewno nie jest to papier wytwarzany z makulatury. - przyznaje Zbigniew Firnalski – Dyrektor Biura Stowarzyszenia Papierników Polskich (Zielone Brygady). Poza tym że papier bezdrzewny w istocie jest drzewny, to jeszcze jego produkcja wymaga dużo więcej wody i energii (oraz drzew) niż produkcja zwykłego papieru. A zatem - bzdura.
Ze strony wydawnictwa BioBooks nie doczekałam się odpowiedzi, dlaczego zdecydowali się na taki właśnie papier. Zakładam, że nie było to wynikiem złej woli, a raczej niewiedzy. W każdym razie Was przed papierem bezdrzewnym przestrzegam [a teraz każcie ostatnie trzy słowa wypowiedzieć cudzoziemcowi, który uczy się polskiego :-)]. Koniec dygresji.
Pora na greenwashing w czystej postaci: strona www.internationalpaper.com, a na niej takie kwiatki:
"Dzięki produkcji papieru rośnie więcej drzew.(...) Zapotrzebowanie na papier przyczynia się więc do rozwoju lasów. Na tym właśnie polega urok surowca odnawialnego."
Tak się jednak składa, że priorytetowe działanie z zasady 3R, to reduce, czyli ograniczaj. Dopiero na kolejnych miejscach mamy reuse (używaj ponownie) i na końcu recykling (przetwarzaj). Natomiast wspomniana strona zachęca do korzystania z papieru do woli, dzięki czemu poprawimy swoją wydajność i kreatywność. "Ograniczenie zużycia papieru to złudna oszczędność." - hmm.
Cała publikacja sprytnie operuje faktami, akcentując że w Europie sadzi się więcej drzew niż się wycina, a pomijając całkowicie informacje dotyczące chemicznych zanieczyszczeń pochodzących z zakładów papierniczych, czy zużycia wody podczas produkcji. Bagatelizuje się emisję CO2 spowodowaną produkcją papieru, powołując się na fakt, że wszystko ma swój slad węglowy, nawet kotlet i nie dajmy się wcisnąć w matrix poczucia winy z tego powodu.
Aby czytelnik nie popadł w karboreksję i nie zaczął przypadkiem myśleć o redukcji zużycia papieru może usprawiedliwić się cytatem: "Sektory leśny, papierniczy i opakowaniowy to jedne z najbardziej ekologicznych gałęzi przemysłu, jakie istnieją."
Ech, gałęzie opadają, a producenci papieru zacierają ręce...
(Marnując papier, zabijasz nie tylko drzewa.)
A tymczasem zużycie papieru w Europie wciąż rośnie. Osiemdziesiąt milionów ton rocznie... Osiemdziesiąt. Milionów. Ton. Aż trudno sobie wyobrazić taką ilość.
I choć wskaźnik recyklingu jest dosyć wysoki (71% w 2012 roku), to wiele ton papieru (jakieś 30% ogólnej produkcji) w ogóle nie nadaje się na makulaturę. Jest to tzw. papier tissue/higieniczny, czyli chusteczki higieniczne, papierowe ręczniki i nasz dobry przyjaciel - papier toaletowy...
Ale to już temat na oddzielny post :-)
Moje inne posty na temat greenwashingu: tutaj
9 wrz 2015
Zero Waste Week
Trwa od poniedziałku :-)
W tym roku hasłem przewodnim jest Reuse!, czyli ponowne użycie. Pamiętam jeszcze świat, w którym prawie nie było rzeczy jednorazowych. Kanapki pakowało się w papier, a zamiast worków na śmieci wystarczał kubełek wyłożony gazetą.
Butelki były zwrotne, dzięki którym można było zasilić skromny dziecięcy budżet. Nie było plastikowych kubeczków i automatów z napojami, zamiast tego były saturatory i szklanki. Pamiętam nawet płócienne chusteczki do nosa :-) Wszystko się mogło przydać, wszystko było używane wielokrotnie, aż do zdarcia. Cerowało się skarpetki. Herbatę parzyło z esencji. A Adam Słodowy był propagatorem polskiego DIY i upcyklingu :-)
Aż tu nagle hop, nadeszła era jednorazowości, śmieciowe czasy. Pampersy zastąpiły tetrówki, butelki plastikowe zastąpiły szklane, papierowe ręczniki zastąpiły ścierki, wszystko zaczęto pakować w folię, taśma klejąca wygrała z klejem i sznurkiem, itd., itp.
Trudno jest obecnie żyć wytwarzając rocznie słoik śmieci, jak Lauren Singer albo pewna rodzina, o której jakiś czas temu było głośno w internetach. Ale da się.
Bea Johnson z owej rodziny prowadzi bloga Zero Waste Home, wydała też książkę pod tym samym tytułem, dzięki czemu Johnsonowie stali się bezodpadowymi celebrytami :-)
Jak się żyje zerowaste'owcom? "Zerowaste tak naprawdę dzieje się poza domem. To kwestia decyzji, które podejmujemy poza nim. Sama robię zakupy, a jedyne, o co ich proszę, to żeby odmawiali wszelkich przedmiotów, których nie potrzebują, i nie kupowali żadnych batonów. Nauczyliśmy ich tego, kiedy byli jeszcze dość mali, i teraz jest to dla nich zupełnie naturalne. Zrozumieli, że każdy dziadowski robocik, który rozwali się w ciągu pięciu minut, sprawi, że na świecie będzie po prostu więcej plastiku. Zamiast obdarowywać się przedmiotami, obdarowujemy się doświadczeniami. I to sprawia, że jesteśmy naprawdę szczęśliwi."
Moja wiara w zero-odpadowość jest jednak mała, a wynika z tego, że nawet po 8 latach robienia zakupów w tym samym osiedlowym warzywniaku, sprzedawca wciąż odruchowo pakuje mi rzeczy w foliówkę, mimo że za każdym razem mówię "bez siateczki proszę". No chyba, że kupuję ogórki kiszone albo kiszoną kapustę, wtedy foliówkę biorę, bo jakoś nigdy nie mam przy sobie słoika. Ale i tak pan Warzywniak już mógłby się nauczyć, że nie wszyscy wariują ze szczęścia na widok siateczki...
O tym, że zakupy bezśmieciowe to nie łaskotki, wie także autorka bloga Odśmiecownia (pozdrawiam!), która w polskich warunkach próbuje żyć "zero waste". Podobne tematy poruszane są na Projekt Zero Śmieci - Zero Waste.
Na zdjęciu Gregga Segala: rodzina w otoczeniu swoich tygodniowych śmieci - projekt 7 Days of Garbage
A wy - wyobrażacie sobie życie zero waste?
W tym roku hasłem przewodnim jest Reuse!, czyli ponowne użycie. Pamiętam jeszcze świat, w którym prawie nie było rzeczy jednorazowych. Kanapki pakowało się w papier, a zamiast worków na śmieci wystarczał kubełek wyłożony gazetą.
Butelki były zwrotne, dzięki którym można było zasilić skromny dziecięcy budżet. Nie było plastikowych kubeczków i automatów z napojami, zamiast tego były saturatory i szklanki. Pamiętam nawet płócienne chusteczki do nosa :-) Wszystko się mogło przydać, wszystko było używane wielokrotnie, aż do zdarcia. Cerowało się skarpetki. Herbatę parzyło z esencji. A Adam Słodowy był propagatorem polskiego DIY i upcyklingu :-)
Aż tu nagle hop, nadeszła era jednorazowości, śmieciowe czasy. Pampersy zastąpiły tetrówki, butelki plastikowe zastąpiły szklane, papierowe ręczniki zastąpiły ścierki, wszystko zaczęto pakować w folię, taśma klejąca wygrała z klejem i sznurkiem, itd., itp.
Trudno jest obecnie żyć wytwarzając rocznie słoik śmieci, jak Lauren Singer albo pewna rodzina, o której jakiś czas temu było głośno w internetach. Ale da się.
Bea Johnson z owej rodziny prowadzi bloga Zero Waste Home, wydała też książkę pod tym samym tytułem, dzięki czemu Johnsonowie stali się bezodpadowymi celebrytami :-)
Jak się żyje zerowaste'owcom? "Zerowaste tak naprawdę dzieje się poza domem. To kwestia decyzji, które podejmujemy poza nim. Sama robię zakupy, a jedyne, o co ich proszę, to żeby odmawiali wszelkich przedmiotów, których nie potrzebują, i nie kupowali żadnych batonów. Nauczyliśmy ich tego, kiedy byli jeszcze dość mali, i teraz jest to dla nich zupełnie naturalne. Zrozumieli, że każdy dziadowski robocik, który rozwali się w ciągu pięciu minut, sprawi, że na świecie będzie po prostu więcej plastiku. Zamiast obdarowywać się przedmiotami, obdarowujemy się doświadczeniami. I to sprawia, że jesteśmy naprawdę szczęśliwi."
Moja wiara w zero-odpadowość jest jednak mała, a wynika z tego, że nawet po 8 latach robienia zakupów w tym samym osiedlowym warzywniaku, sprzedawca wciąż odruchowo pakuje mi rzeczy w foliówkę, mimo że za każdym razem mówię "bez siateczki proszę". No chyba, że kupuję ogórki kiszone albo kiszoną kapustę, wtedy foliówkę biorę, bo jakoś nigdy nie mam przy sobie słoika. Ale i tak pan Warzywniak już mógłby się nauczyć, że nie wszyscy wariują ze szczęścia na widok siateczki...
O tym, że zakupy bezśmieciowe to nie łaskotki, wie także autorka bloga Odśmiecownia (pozdrawiam!), która w polskich warunkach próbuje żyć "zero waste". Podobne tematy poruszane są na Projekt Zero Śmieci - Zero Waste.
Na zdjęciu Gregga Segala: rodzina w otoczeniu swoich tygodniowych śmieci - projekt 7 Days of Garbage
A wy - wyobrażacie sobie życie zero waste?
7 wrz 2015
Planeta plastiku
Widzieliście film "Planeta plastiku"? Bo ja jestem świeżo po i właśnie podejrzliwie spoglądam na plastik w najbliższym otoczeniu. Na butelkę PET, do której mama nalała mi kompotu. Na doniczki, w której rosną żyworódki. Na zabawki Córki, dużo zabawek. Na pudełka po lodach, na kółko do pływania, na matę do jogi, na miski, wiadra i kubki w łazience. Na folię spożywczą, lunchboxa i bidon. Na te wszystkie opakowania kosmetyków i żywności, na woreczki, zapalniczki...
Ponoć w morzu jest więcej cząsteczek plastiku niż planktonu. "W latach 60. ubiegłego wieku kawałki plastiku w żołądku miało 5% ptaków. Dziś jest to już 90%, a jeśli nic się nie zmieni, to liczba zatrutych ptaków będzie rosła...do 2050 roku niemal każdy morski ptak będzie podtruty plastikiem" (stąd).
(zdjęcie: Hendrik Kerstens)
Plastik jest niebezpieczny, bo jest popularny. Wywiera subtelny wpływ na poziomie całego pokolenia. Tworzywa sztuczne otaczają nas od wczesnego dzieciństwa do późnej starości. I będą trwać jeszcze długo po naszej śmierci. Oprócz polimerów zawierają jeszcze masę innych substancji, bywa że niebezpiecznych - metale ciężkie, formaldehyd, bisfenol A, czy ftalany. Jedna pielucha z polichlorku winylu (PCW, PVC) będzie się rozkładała przez 200lat uwalniając w tym czasie szkodliwe związki do środowiska.
Producenci tworzyw sztucznych zdają sobie sprawę z ryzyka na zdrowie pracowników i konsumentów, ale zysk jest ważniejszy.
Plastik jest niebezpieczny, bo jest tani. Gdyby opakowania z tworzyw sztucznych były droższe, ludzie używaliby ich ponownie, bardziej by je oszczędzali i skuteczniej poddawali recyklingowi. A tymczasem wielu osobom łatwiej jest wyrzucić butelkę PET czy torebkę foliową do śmieci, bo kosztują grosze i nikt nie płaci za ich skup.
Plastik jest niebezpieczny, bo w większości zawiera bisfenol-A, podejrzany składnik, który może zaburzać (u zwierząt zaburza) gospodarkę hormonalną organizmu. W filmie poświęcony jest mu spory fragment, podobnie jak w dokumencie "Trucizna nasza powszednia". Bisfenol uwalnia się z plastiku po dodaniu wody i podgrzaniu, a także przy minimalnych zadrapaniach powierzchni plastikowej butelki. "Jemy to, pijemy, wchłaniamy przez skorę", a nie wiemy nawet jaka jest minimalna ilość substancji zmieniająca nasze komórki.
Plastik jest niebezpieczny, bo nie jest na tyle toksyczny, żeby w widoczny sposób zagrozić naszemu życiu, natomiast związki znajdujące się w tworzywach sztucznych szkodzą nam długofalowo powodując astmę, alergie, otyłość, problemy z płodnością.
Więcej o szkodliwości BPA i przeprowadzonych na ten temat badaniach przeczytacie tutaj.
Nawet tworzywa biodegradowalne które wydają się być nadzieją, również mogą zawierać szkodliwe substancje.
Co więc możesz zrobić?
- używać mniej plastiku. Za kążdym razem, kiedy zobaczysz w sklepie kolorowe sztuczne coś, które mówi "kup mnie", pomyśl czy nie ma dla tego alternatywy (szklanej, drewnianej, ceramicznej, papierowej). Zazwyczaj jest.
- wyeliminować opakowania sztuczne mające kontakt z żywnością - nie kupować napojów w PETach, puszkach i tetrapakach. Puszki i kartony powlekane są w środku jakimś paskudztwem z bisfenolem-A. Po co się truć...
- najbardziej zmotywowani mogą zdecydować się na plastikowy detoks. Dajcie znać, jak wam posżło :-)
Ponoć w morzu jest więcej cząsteczek plastiku niż planktonu. "W latach 60. ubiegłego wieku kawałki plastiku w żołądku miało 5% ptaków. Dziś jest to już 90%, a jeśli nic się nie zmieni, to liczba zatrutych ptaków będzie rosła...do 2050 roku niemal każdy morski ptak będzie podtruty plastikiem" (stąd).
(zdjęcie: Hendrik Kerstens)
Plastik jest niebezpieczny, bo jest popularny. Wywiera subtelny wpływ na poziomie całego pokolenia. Tworzywa sztuczne otaczają nas od wczesnego dzieciństwa do późnej starości. I będą trwać jeszcze długo po naszej śmierci. Oprócz polimerów zawierają jeszcze masę innych substancji, bywa że niebezpiecznych - metale ciężkie, formaldehyd, bisfenol A, czy ftalany. Jedna pielucha z polichlorku winylu (PCW, PVC) będzie się rozkładała przez 200lat uwalniając w tym czasie szkodliwe związki do środowiska.
Producenci tworzyw sztucznych zdają sobie sprawę z ryzyka na zdrowie pracowników i konsumentów, ale zysk jest ważniejszy.
Plastik jest niebezpieczny, bo jest tani. Gdyby opakowania z tworzyw sztucznych były droższe, ludzie używaliby ich ponownie, bardziej by je oszczędzali i skuteczniej poddawali recyklingowi. A tymczasem wielu osobom łatwiej jest wyrzucić butelkę PET czy torebkę foliową do śmieci, bo kosztują grosze i nikt nie płaci za ich skup.
Plastik jest niebezpieczny, bo w większości zawiera bisfenol-A, podejrzany składnik, który może zaburzać (u zwierząt zaburza) gospodarkę hormonalną organizmu. W filmie poświęcony jest mu spory fragment, podobnie jak w dokumencie "Trucizna nasza powszednia". Bisfenol uwalnia się z plastiku po dodaniu wody i podgrzaniu, a także przy minimalnych zadrapaniach powierzchni plastikowej butelki. "Jemy to, pijemy, wchłaniamy przez skorę", a nie wiemy nawet jaka jest minimalna ilość substancji zmieniająca nasze komórki.
Plastik jest niebezpieczny, bo nie jest na tyle toksyczny, żeby w widoczny sposób zagrozić naszemu życiu, natomiast związki znajdujące się w tworzywach sztucznych szkodzą nam długofalowo powodując astmę, alergie, otyłość, problemy z płodnością.
Więcej o szkodliwości BPA i przeprowadzonych na ten temat badaniach przeczytacie tutaj.
Nawet tworzywa biodegradowalne które wydają się być nadzieją, również mogą zawierać szkodliwe substancje.
Co więc możesz zrobić?
- używać mniej plastiku. Za kążdym razem, kiedy zobaczysz w sklepie kolorowe sztuczne coś, które mówi "kup mnie", pomyśl czy nie ma dla tego alternatywy (szklanej, drewnianej, ceramicznej, papierowej). Zazwyczaj jest.
- wyeliminować opakowania sztuczne mające kontakt z żywnością - nie kupować napojów w PETach, puszkach i tetrapakach. Puszki i kartony powlekane są w środku jakimś paskudztwem z bisfenolem-A. Po co się truć...
- najbardziej zmotywowani mogą zdecydować się na plastikowy detoks. Dajcie znać, jak wam posżło :-)
4 wrz 2015
Sympatyczny syf bałtycki
Ostatni tydzień wakacji spędziłam z rodziną nad morzem. Zacznę jednak od 5 powodów, dla których nie warto jechać na polskie wybrzeże w sezonie:
1. Przemieszczanie się przez cały kraj jest nieekologiczne. No chyba że na rowerze. Albo pociągiem. Tak czy siak - trwa za długo i jest męczące.
2. Przepełnione turystami miejscowości to królestwo kiczu i tandety prosto z Chin. No chyba, że lubicie maskotki z wielkimi oczami, automaty do gry i stoiska z pamiątkami.
3. Fatalne żarcie - vegan challenge. Order z pieczonego brokuła dla weganina, który będąc nad morzem, znajdzie w okolicznych lokalach coś innego niż frytki lub ziemniaki z zestawem surówek. I tak przez tydzień.
4. W Bałtyku się nie pokąpiesz. Albo woda za zimna albo za brudna.
5. No i śmieci. Może nie tak jak w Indiach, ale ..."W szczycie sezonu przy słonecznej pogodzie z jednego tylko zejścia na plażę służby usuwają około 4 metrów sześciennych śmieci dziennie." (Turyści nad Bałtykiem nie segregują śmieci). Tu pet, tam foliówka albo opakowanie po czipsach. Nie brakuje też dryfujących po falach plastikowych butelek...
Chociaż organizatorzy akcji BareFoot - Czysta plaża donoszą, że w tym roku zebrano rekordowo niską liczbę śmieci, to wystarczy przejść się po plaży, żeby stwierdzić, że nadal jest ich sporo.
Dla równowagi podaję także 5 powodów dla których warto jednak nad morze się wybrać. Najlepiej poza sezonem :-)
1. Kontakt z przyrodą - morze to siła. Niektórzy traktują ją nawet jako odnawialne źródło energii, ale wg tego źródła wykorzystanie energii pływów w Polsce nie jest możliwe.
Przyroda nadmorska to także parki krajobrazowe, wydmy, lasy sosnowe, klify, rezerwaty i siedliska ptaków.
2. Polskie plaże mają swój urok. Pływać bym się nie odważyła, ale spacery brzegiem morza, zbieranie kamieni i muszelek - lubię.
3. Morski klimat. Jod, wiatr, chłodek - przyjemna odmiana po upalnym lecie. Poza tym pobyty nad morzem wskazane są przy chorobach układu oddechowego i niedoczynności tarczycy.
4. Atrakcje, których nie ma w innych częściach Polski - szlak latarni morskich, fokarium, odkrycia archeologiczne i historyczne osady, a także odwrócone domy...
5. Miłośnicy tzw. aktywnego wypoczynku (do których się nie zaliczam) mogą skorzystać z sieci tras rowerowych, nordic walkingu i kitesurfingu (Hel).
Można też wypoczywać tak:
foto - Chris Steele-Perkins, Blackpool, From the series ‘England, My England’. 1982. © Magnum Photos (via: Łukasz Najder)
Na zakończenie (wakacji) nostalgiczna nuta...
1. Przemieszczanie się przez cały kraj jest nieekologiczne. No chyba że na rowerze. Albo pociągiem. Tak czy siak - trwa za długo i jest męczące.
2. Przepełnione turystami miejscowości to królestwo kiczu i tandety prosto z Chin. No chyba, że lubicie maskotki z wielkimi oczami, automaty do gry i stoiska z pamiątkami.
3. Fatalne żarcie - vegan challenge. Order z pieczonego brokuła dla weganina, który będąc nad morzem, znajdzie w okolicznych lokalach coś innego niż frytki lub ziemniaki z zestawem surówek. I tak przez tydzień.
4. W Bałtyku się nie pokąpiesz. Albo woda za zimna albo za brudna.
5. No i śmieci. Może nie tak jak w Indiach, ale ..."W szczycie sezonu przy słonecznej pogodzie z jednego tylko zejścia na plażę służby usuwają około 4 metrów sześciennych śmieci dziennie." (Turyści nad Bałtykiem nie segregują śmieci). Tu pet, tam foliówka albo opakowanie po czipsach. Nie brakuje też dryfujących po falach plastikowych butelek...
Chociaż organizatorzy akcji BareFoot - Czysta plaża donoszą, że w tym roku zebrano rekordowo niską liczbę śmieci, to wystarczy przejść się po plaży, żeby stwierdzić, że nadal jest ich sporo.
Dla równowagi podaję także 5 powodów dla których warto jednak nad morze się wybrać. Najlepiej poza sezonem :-)
1. Kontakt z przyrodą - morze to siła. Niektórzy traktują ją nawet jako odnawialne źródło energii, ale wg tego źródła wykorzystanie energii pływów w Polsce nie jest możliwe.
Przyroda nadmorska to także parki krajobrazowe, wydmy, lasy sosnowe, klify, rezerwaty i siedliska ptaków.
2. Polskie plaże mają swój urok. Pływać bym się nie odważyła, ale spacery brzegiem morza, zbieranie kamieni i muszelek - lubię.
3. Morski klimat. Jod, wiatr, chłodek - przyjemna odmiana po upalnym lecie. Poza tym pobyty nad morzem wskazane są przy chorobach układu oddechowego i niedoczynności tarczycy.
4. Atrakcje, których nie ma w innych częściach Polski - szlak latarni morskich, fokarium, odkrycia archeologiczne i historyczne osady, a także odwrócone domy...
5. Miłośnicy tzw. aktywnego wypoczynku (do których się nie zaliczam) mogą skorzystać z sieci tras rowerowych, nordic walkingu i kitesurfingu (Hel).
Można też wypoczywać tak:
foto - Chris Steele-Perkins, Blackpool, From the series ‘England, My England’. 1982. © Magnum Photos (via: Łukasz Najder)
Na zakończenie (wakacji) nostalgiczna nuta...
20 sie 2015
Jak założyć kooperatywę?
Dzisiaj po prostu wkleję info z Cohabitatu, który jutro zaprasza na webinar na temat zakładania kooperatyw spożywczych:
"Chcesz
kupować warzywa i owoce o najlepszej jakości w najniższej cenie? Może
się to wydawać trudne. Trudne, ale nie niemożliwe !
Kristina Carrillo-Bucaram też bardzo tego chciała. Ona i cała jej rodzina kupowali ogromne ilości organicznych warzyw i owoców w sklepach ze zdrową żywnością, co było ekstremalnie drogie i niepraktyczne. Zebrała więc 12 swoich sąsiadów i ze swojego pokoju, w Huston w Texasie, zaczęła prowadzić kooperatywę spożywczą ! Polega to na zbiorowym zamawianiu żywności bezpośrednio od producenta, po to by było taniej, zdrowiej i sprawiedliwej. To także rozwijanie lokalnej gospodarki opartej o zaufanie i współpracę. Rolnicy zyskują stałego odbiorcę swoich produktów, a konsumenci dostęp do żywności organicznej za niższą cenę.
Założony przez Kristinę Rawfully Organic Co-op z czasem urósł do rozmiarów ogromnej społeczności i prężniej działającej inicjatywy. Takie przedsięwzięcia działają również w wielu miastach Polski ! Jeśli ciekawi Cię jak założyć kooperatywę spożywczą w twojej okolicy to już niedługo, 21 sierpnia, startuje nasz webinar, podczas którego Marcin Maserak - założyciel i koordynator Kooperatywy Spożywczej Wrocław, powie nam co i jak -> kooperatywa.evenea.pl !
A czy wy organizujecie się lokalnie lub korzystacie już z kooperatyw spożywczych w waszych regionach?
Adresy, już dzialających w Polsce, lokalnych kooperatyw znajdziesz w źródle!
---
źródło: https:// kolektywnie.wordpress.com/ 2015/02/12/ kooperatywy-spozywcze-2/
Rawfully Organic Co-op : https:// www.rawfullyorganic.com/
Kristina Carrillo-Bucaram też bardzo tego chciała. Ona i cała jej rodzina kupowali ogromne ilości organicznych warzyw i owoców w sklepach ze zdrową żywnością, co było ekstremalnie drogie i niepraktyczne. Zebrała więc 12 swoich sąsiadów i ze swojego pokoju, w Huston w Texasie, zaczęła prowadzić kooperatywę spożywczą ! Polega to na zbiorowym zamawianiu żywności bezpośrednio od producenta, po to by było taniej, zdrowiej i sprawiedliwej. To także rozwijanie lokalnej gospodarki opartej o zaufanie i współpracę. Rolnicy zyskują stałego odbiorcę swoich produktów, a konsumenci dostęp do żywności organicznej za niższą cenę.
Założony przez Kristinę Rawfully Organic Co-op z czasem urósł do rozmiarów ogromnej społeczności i prężniej działającej inicjatywy. Takie przedsięwzięcia działają również w wielu miastach Polski ! Jeśli ciekawi Cię jak założyć kooperatywę spożywczą w twojej okolicy to już niedługo, 21 sierpnia, startuje nasz webinar, podczas którego Marcin Maserak - założyciel i koordynator Kooperatywy Spożywczej Wrocław, powie nam co i jak -> kooperatywa.evenea.pl !
A czy wy organizujecie się lokalnie lub korzystacie już z kooperatyw spożywczych w waszych regionach?
Adresy, już dzialających w Polsce, lokalnych kooperatyw znajdziesz w źródle!
---
źródło: https://
Rawfully Organic Co-op : https://
I jeszcze o kooperatywach na Ekomanii: ekostyl.blogspot.com/search/label/kooperatywa
Przypomniał mi się mój hurraoptymistyczny wpis z 2012:
"W twoim mieście nie ma kooperatywy? To ją sobie załóż :-) Potrzebnych ci będzie na początek kilka, a potem -naście/dziesiąt osób, w tym przynajmniej dwie z samochodem i 2 godzinami czasu raz w miesiącu. Przyda się też miejsce, czyli sala/pokój, gdzie można będzie po zakupach odebrać warzywa i owoce.
Przed zebraniem listy zamówień warto obdzwonić lokalne gospodarstwa i spisać ich ofertę. Jeśli brakuje rolników eko, to trzeba się dowiedzieć, gdzie i w jakie dni działa giełda warzywna/rolna, na której robią zakupy sklepikarze i drobni handlowcy.
A później - ustalić termin, zebrać pieniądze i zamówienia (można mailowo lub za pośrednictwem dokumentów Google), wybrać dwie osoby na zakupy, dopilnować żeby każdy dostał, to co zamówił i wrócić do domu ze świeżymi warzywami :-)"
"W twoim mieście nie ma kooperatywy? To ją sobie załóż :-) Potrzebnych ci będzie na początek kilka, a potem -naście/dziesiąt osób, w tym przynajmniej dwie z samochodem i 2 godzinami czasu raz w miesiącu. Przyda się też miejsce, czyli sala/pokój, gdzie można będzie po zakupach odebrać warzywa i owoce.
Przed zebraniem listy zamówień warto obdzwonić lokalne gospodarstwa i spisać ich ofertę. Jeśli brakuje rolników eko, to trzeba się dowiedzieć, gdzie i w jakie dni działa giełda warzywna/rolna, na której robią zakupy sklepikarze i drobni handlowcy.
A później - ustalić termin, zebrać pieniądze i zamówienia (można mailowo lub za pośrednictwem dokumentów Google), wybrać dwie osoby na zakupy, dopilnować żeby każdy dostał, to co zamówił i wrócić do domu ze świeżymi warzywami :-)"
No więc z perspektywy mogę powiedzieć, że założenie kooperatywy to pikuś w porównaniu z jej skutecznym prowadzeniem, koordynowaniem i rozwojem. Najważniejsze jednak, że opolska kooperatywa wciąż ma się dobrze (choć bywały trudne chwile). A w październiku odbędzie się czwarty już zjazd kooperatyw, tym razem organizacji podjęła się Kooperatywa Dobrze z z W-wy. Można się już zapisywać! Zakładajcie i przybywajcie :-)
16 sie 2015
Stone art - dyskretny urok kamieni
Standardowa pamiątka z wakacji - kamienie, kamyki, otoczaki - też macie, zbieracie?
Niektórzy potrafią robić z kamieni prawdziwe cuda. Np. Dietmar Voorwold zajmujący się kamiennym land-artem w Szkocji. Zdjęcia swoich prac wraz z dokładną lokalizacją umieszcza na swojej stronie i na fanpage'u. Poniżej kilka przykładów:
Inaczej widzi kamyki Sharon Nowlan, która sprzedaje swoje prace na Etsy.
Poza tym kamienie można malować, i to jak!
(do kupienia tu: www.merulala.nl)
(znów Etsy - RocksOK)
Kolorowe kropki by Elspeth McLean
8 sie 2015
Sposoby na upał - wachlarz
Wśród sposobów na upał (oprócz tych i tych) jednym z prostszych wynalazków jest wachlarz (w wersji basic zastępowany zwiniętą gazetą).
Chiński wachlarz (instrukcja)
Lub taki (DIY Paper Fan Collage):
Chiński wachlarz (instrukcja)
Lub taki (DIY Paper Fan Collage):
A to wachlarz będący jednocześnie gadżetem weselnym (program/zaproszenie+pamiątka dla gościa) - według mnie ciekawy pomysł, którego nigdy nie wykorzystam :-)
Do zrobienia z dziećmi (stąd):
Swoją drogą wachlarz ma ciekawą historię i nie zawsze służy(ł) wyłącznie do wachlowania. O innych zastosowaniach i rodzajach przeczytajcie tutaj. "Istnieją wachlarze składane i nieskładane, typowo ceremonialne, zwyczajne, codziennego użytku oraz wachlarze sygnałowe. Inne jeszcze, okute w żeliwne oprawy, były skuteczną bronią."
Wachlarze zrobione? To do boju!
6 sie 2015
Czas (po)wolny - w poszukiwaniu tempo giusto
"Wolny czas nie jest pustką, którą trzeba zapełnić. To właśnie on pozwala w twórczy sposób na nowo ułożyć sprawy, które mamy w głowie" przeczytałam jadąc do Wolimierza na Festiwal Wody. Ponieważ autora Pochwały powolności już znam dzięki lekturze Pod presją (obowiązkowa dla wszystkich rodziców!), wiedziałam, że będzie interesująco.
Poniżej zajawka:
A więc co znajdziemy w książce Carla Honore? Punktem wyjścia jest refleksja nad naszym zagonionym życiem "na wiecznym nieogarze", które ma jednak więcej minusów niż plusów. W poszukiwaniu "swojego wewnętrznego żółwia" autor zgłębia współczesne mody na nieśpieszne jedzenie, muzykę, seks, sport, dzieciństwo, pracę, czy szkołę.
Czytam i w większości się zgadzam. Choć pewnie 15 lat temu ta kwestia niewiele by mnie obeszła. Slow food, slow travel, slow cities... Sprawy emerytów :-)
A jednak. Dobrze jest zwolnić, wyłapywać dobre chwile i smakować je. Bez pośpiechu. Slowly, slowly, jak na wakacjach w Indiach.
A o co chodzi z tempo giusto?
Otóż w muzyce oznaczało to "tempo idealne", właściwe dla każdego metrum, choć dla każdego inne :-) Rubato.
W szerszym słowa znaczeniu znaczy to mniej więcej robienie wszystkiego w swoim czasie. Trochę jak w Księdze Koheleta - jest czas rodzenia i czas umierania, jest czas przyspieszania i jest czas zwalniania :-)
Zatem festina lente - spieszmy się powoli, bo złe rzeczy się dzieją, gdy się człowiek spieszy. Zapomina się dokumentów, pieniędzy, telefonu. Łatwiej o pomyłkę. I o wkurwa łatwiej. Męczy się człowiek szybciej w ciąglym niedoczasie. Przegapia ważne sprawy. Gdzie rozum?
Nie lepiej jechać nad kamionkę, pływać w chłodnej wodzie, a potem na brzegu jeść sushi (Natalka love!) albo fasolkę? Obejrzeć film w kinie pod gwiazdami, iść na jogę w parku, pobujać się w hamaku, rozpalić ognisko, posiedzieć na tarasie z przyjaciółmi? Brzmi jak rozrywki słuchaczy uniwersytetu trzeciego wieku? Dla mnie już nie :-)
Poniżej zajawka:
A więc co znajdziemy w książce Carla Honore? Punktem wyjścia jest refleksja nad naszym zagonionym życiem "na wiecznym nieogarze", które ma jednak więcej minusów niż plusów. W poszukiwaniu "swojego wewnętrznego żółwia" autor zgłębia współczesne mody na nieśpieszne jedzenie, muzykę, seks, sport, dzieciństwo, pracę, czy szkołę.
Czytam i w większości się zgadzam. Choć pewnie 15 lat temu ta kwestia niewiele by mnie obeszła. Slow food, slow travel, slow cities... Sprawy emerytów :-)
A jednak. Dobrze jest zwolnić, wyłapywać dobre chwile i smakować je. Bez pośpiechu. Slowly, slowly, jak na wakacjach w Indiach.
A o co chodzi z tempo giusto?
Otóż w muzyce oznaczało to "tempo idealne", właściwe dla każdego metrum, choć dla każdego inne :-) Rubato.
W szerszym słowa znaczeniu znaczy to mniej więcej robienie wszystkiego w swoim czasie. Trochę jak w Księdze Koheleta - jest czas rodzenia i czas umierania, jest czas przyspieszania i jest czas zwalniania :-)
Zatem festina lente - spieszmy się powoli, bo złe rzeczy się dzieją, gdy się człowiek spieszy. Zapomina się dokumentów, pieniędzy, telefonu. Łatwiej o pomyłkę. I o wkurwa łatwiej. Męczy się człowiek szybciej w ciąglym niedoczasie. Przegapia ważne sprawy. Gdzie rozum?
Nie lepiej jechać nad kamionkę, pływać w chłodnej wodzie, a potem na brzegu jeść sushi (Natalka love!) albo fasolkę? Obejrzeć film w kinie pod gwiazdami, iść na jogę w parku, pobujać się w hamaku, rozpalić ognisko, posiedzieć na tarasie z przyjaciółmi? Brzmi jak rozrywki słuchaczy uniwersytetu trzeciego wieku? Dla mnie już nie :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















































