13 kwi 2013

Wody!

Kolejny dzień eksperymentu i kolejny kalkulator. Tym razem śladu wodnego, czyli water footprint.
Zrobiłam sobie wersję rozszerzoną i wyszło mi 453m3/rocznie. To zaledwie 30% przeciętnego śladu wodnego mieszkańca globu, więc może gdzieś popełniłam błąd? Albo weganizm ma tak duże znaczenie? A może fakt, że nie mam basenu i ogrodu? No, w każdym razie z wyniku powinnam być zadowolona.
Poniżej ściąga z tego, ile wody pochłania produkcja wybranej żywności.
Najwięcej jej trzeba do produkcji mięsa, kolejny argument za wegetarianizmem:

Jak oszczędzam wodę?
- w łazience 2 lata temu zamontowaliśmy baterię bezdotykową na czujnik ruchu (jak na stacjach beznzynowych) - woda płynie tylko, kiedy podstawimy ręce
- zmywarkę i pralkę włączam z pełnym wkładem
- piję z tego samego kubka przez cały dzień, bez mycia po każdej herbatce
- wody z kąpieli używam do spłukiwania toalety lub mycia podłogi
- w lecie staram się nie kupować napojów na mieście, tylko noszę ze sobą wielorazową butelkę z wodą

Ostatnio za sprawą Cecylii Malik i jej akcji (Warkocze Białki , Wodna Masa Krytyczna, film 6 rzek) zainteresowałam się sprawą często zbytecznej regulacji rzek, zagrażającej wodnym ekosystemom.
A może i wy upleciecie warkocz dla Białki? Szczegóły akcji na blogu. Tam również można znaleźć  Praktyczny poradnik obrońcy naturalnych rzek.

Można też wziąć udział w akcji Klubu Gaja Zaadoptuj rzekę.
Zmusiło mnie to do refleksji nad moim stosunkiem do Odry. Niestety nie jesteśmy jakoś szczególnie zaprzyjaźnione, choć przynajmniej dwa razy dziennie nad nią przechodzę i widzę ją z balkonu. Automatycznie oceniam stan wody (niedługo wystąpi z brzegów), lubię patrzeć na barki i kajakarzy, czasem rzucamy chleb kaczkom i łabędziom. Ale stopy bym w niej zanurzyć nie chciała, wydaje mi się groźna i brudna. Może czas ją lepiej poznać?


11 kwi 2013

Dzień piąty - porażka

"Wersja dla odważnych: całkowicie zrezygnuj z korzystania energii i zobacz co się zmieni.
Wersja soft: W każdej możliwej sytuacji staraj się zmniejszać swoje zużycie energii - ograniczać do minimum korzystanie ze sprzętów elektrycznych, w tym telefonu i komputera. "

No way. Poległam nawet na wersji sofciarskiej, chociaż o 15.00 wyłączyłam kompa z silnym postanowieniem nieużywania go do jutra. Już po 18.00 został włączony ponownie, a i teraz zamiast medytować przy świeczce albo po prostu iść spać, siedzę przed ekranem. Jedyne urządzenia, które jestem w stanie porzucić bez żalu to telewizor, mikrofalówka, odkurzacz i żelazko. I może jeszcze takie rzeczy jak suszarka do włosów. Jeśli chodzi o komórkę, to wystarczają mi smsy, rozmawiać nie lubię. Ale komputer... Z tym jest gorzej. Bycie unplugged to naprawdę wyzwanie :-/ Trudno by też się było obyć bez lodówki, choć na studiach przekonałam się, że jest to możliwe (wiwat parapety zimą, gorzej w lecie). A dieta witariańska, która lodówki nie wymaga, wydaje się być dla mnie zbyt abstrakcyjna i trudno osiągalna w naszym klimacie, zwłaszcza zimą.
Pralka - kolejny nieodzowny sprzęt i powód do płacenia rachunków za prąd. Gdybym była właścicielką GiraDory, życie byłoby prostsze :-)

W ogóle podobają mi się sprzęty wykorzystujące alternatywne źródła energii, zwłaszcza kinetyczną.
Piekarniki solarne

Blender na pedały

Laptop zasilany nogą (jednak nie wyszedł chyba poza fazę prototypu, ciekawe dlaczego)
 Pedicar, czyli pojazd na pedały (ujrzany na blogu Sztudynta):


 Tutaj więcej pomysłów na human powered stuff, zwłaszcza leżaczek-bujaczek, który zarazem jest ładowarką baterii mnie ujął :-)

Od razu jednak powiem, że niszczarka do dokumentów na korbkę, którą kiedyś zakupiłam okazyjnie w niezrozumiałym dziś amoku, zupełnie się nie sprawdza. Mega głośna, ledwo daje radę przy 3 kartkach, o niszczeniu płyt CD można zapomnieć (choć tą opcję też posiada, przynajmniej teoretycznie). Odradzam. I jakby ktoś jednak chciał się osobiście przekonać, to za koszt wysyłki oddam :-)

10 kwi 2013

Dzień czwarty nienażarty

Żeby nadrobić zaległości opiszę jeszcze dzień dzisiejszy, który pomału zbliża się do końca. Jego tematem przewodnim jest odżywianie. Na początek obliczyłam swój żywieniowy ślad węglowy. Niestety takie kalkulatory nie uwzględniają wielu czynników, ten dodatkowo robiony był dla mieszkańców UK, więc tam, gdzie wybrałabym opcję "produkt lokalny/polski", trzeba było wybrać UK. Nie za bardzo rozumiem też pytanie o sieci supermarketów, w których robię zakupy (ze znajomych było tylko Tesco, ale i tak wybrałam Pana Warzywniaka czyli local grocery shop). Trudno mi też było określić, skąd pochodzą banany, które czasem kupuję. Założyłam, że z Afryki, ale z jakiego kraju? Potem jednak znalazłam w kieszeni nalepkę Chiquita Equador... No, w każdym razie ślad spożywczy wyszedł mi 811,9 kg/rocznie, ale nie znalazłam jakiejś tabelki porównawczej, więc nie wiem, czy to dużo, czy mało, jednym słowem do kitu taki kalkulator :-)

Wracając do jedzenia, to choć rozumiem i popieram znaczenie odżywiania się lokalnego, to całkowita rezygnacja z cytryny, imbiru, czy awokado znacznie naruszyłaby moją strefę komfortu i przyzwyczajeń kulinarnych. O ile cytrynę (czasami kupuję niewoskowane w Lidlu) mogłabym od biedy zastąpić kwaskiem cytrynowym lub pigwą, to smak imbiru czy awokado jest niepodrabialny z żadną lokalną rośliną. Chyba, że o czymś jeszcze nie wiem?
W tym przypadku więc święta nie jestem. Żeby jednak nadrobić zagraniczne grzechy, odżywiam się prawie wegańsko (ino miód się ostał), próbuję działać w kooperatywie współpracującej z ekorolnikami, no i  sama próbuję sił w produkcji jedzenia. Na razie nieśmiało na parapecie, ale wkrótce przeniosę się z tym bajzlem na działkę. A moje zadanie na dziś? W końcu wysiałam sałatę i szpinak :-)
I jeden film mnie dzisiaj zachwycił, obejrzyjcie, bo krótki, a inspirujący. No, nie chcielibyście mieszkać w takim mieście-ogrodzie???



Ja bym bardzo chciała, więc od razu umówiłam się na spotkanie z panią, która w Opolu pracuje jako Miejski Ogrodnik. Ponoć planuje stworzenie dachu zielonego na Urzędzie Miasta, to może i do pomysłu miasta-ogrodu da się przekonać?

Jednym z ciekawszych pomysłów na dziś było poproszenie w restauracji o wodę z kranu. Do picia oczywiście. Jest to dość popularna praktyka w Czechach i to tam po raz pierwszy spotkałam się z piciem wody prosto z kranu. U nas w domu zawsze się ją wcześniej przegotowywało. Wg badań (zleconych przez BRITA - producentów filtrów do wody) - niesłusznie. W większości miejscowości w Polsce woda z kranu jest w pełni bezpieczna i można ją bez obaw konsumować. Jednak niewiele osób to robi.
A tymczasem produkcja wody butelkowanej jest megauciążliwa dla środowiska. Lepiej więc zainstalować filtr (jeśli ktoś nie jest w stanie się przełamać i napić kranówki) albo nosić ze sobą wodę w wielorazowych butelkach Bobble (które już mają w sobie filtr węglowy).

Infografika pochodzi z fanpage'a Piję wodę z kranu.

P.S. A, jeszcze muszę wspomnieć koniecznie o kuchennym recyklingu! Jest wiele sposobów (oprócz produkcji kompostu) na wykorzystanie resztek. Dziś starałam się gotować z resztek, żeby nie iść na zakupy, więc po przejrzeniu zawartości szafek i lodówki na obiad zrobiłam kaszę jęczmienną z tempehem oraz buraczkami, a dziecku odgrzałam wczorajsze kluski. Skromnie, lecz smacznie :-)

Nogi rulez, czyli dzień trzeci Tygodnia innego niż wszystkie

Jak zwykle z jednodniowym opóźnieniem donoszę, co zrobiłam w sprawie zrównoważonego transportu, bo takie było zadanie na wczoraj. Otóż praktycznie nie opuszczałam domu, co pozwoliło mi nie korzystać z transportu w ogóle :-) Jedynie trasę do przedszkola i z powrotem (1km w jedną stronę) pokonałam pieszo.
Mam to szczęście, że mieszkam w niewielkim mieście i pracuję w domu, odpadają więc dojazdy do pracy i do większości miejsc w centrum mogę dotrzeć pieszo. Nogi rulez!
Od zeszłego roku w moim mieście działa także bezobsługowa wypożyczalnia rowerów i mój plan na ten sezon to w końcu z niej skorzystać...


W ogóle kwestia ruchu jest zdecydowanie tematem do ruszenia :-) No, cóż, nie uprawiam żadnego sportu, prowadzę siedzący tryb życia i oprócz przemieszczania się pieszo, czy okazjonalnych ćwiczeń jogi (z naciskiem na "okazjonalnych") lub dłuższych spacerów, niewiele mam okazji, żeby się spocić. Jednym z kontrowersyjnych dla mnie pomysłów Beavana i jego rodziny było zaprzestanie z korzystania z windy. Jakoś nie wyobrażam sobie, żebym miała codziennie pomykać na nasze 9 piętro z plecakiem i rowerkiem. Oszczędność energii elektrycznej, czy emisji CO2 jest przez to naprawdę znikoma, a jeśli chodzi o spalanie kalorii i endorfiny wywołane ruchem, to jednak wolę jogę.




To tyle w kwestii ruchu i transportu, przejdźmy do wolontariatu :-)
Zadaniem na ten tydzień dla uczestników TINW jest podjęcie jakiegoś działania na rzecz społeczności. Można to zrobić nie wychodząc z domu - wystarczy wesprzeć któryś z ekologicznych projektów.
Ja wpłaciłam 10zł na Ogród społeczny w Łodzi. Działa on od zeszłego roku przy Miejskim Ośrodku Socjoterapii, prowadzony jest wg zasad permakultury i aby się rozwinął w najbliższym sezonie potrzebnych jest jeszcze 3000zł. Zostało 5 dni, więc namawiam wszystkich do wydania choćby złotówki na ten zbożny cel. Zgodnie z zasadami finansowania społecznościowego, jeśli w ciągu najbliższych 5 dni nie uda się zebrać zaplanowanej kwoty, to datki wrócą na konta darczyńców.

Innym działaniem wolontariackim, które podejmuję codziennie jest społeczne prowadzenie strony Mama w Opolu.pl i zaangażowanie w Mamowo. Udało mi się napisać i koordynować ekologiczne projekty typu Ekobobas, czy Ekobazar. Założyłam Mamotekę, czyli społeczną wypożyczalnię zabawek. Działam także w opolskiej kooperatywie spożywczej, a ostatnio w Kuchni społecznej. Plan na ten tydzień? Przemyśleć projekty na nadchodzący rok, bo zbliża się termin wysyłania wniosków o granty. A pomysłów mam wiele :-)

8 kwi 2013

Na odpady nie ma rady

Dzień drugi Tygodnia innego niż wszystkie skoncentrowany jest na ograniczeniu produkowanych przez nas odpadów.
Czasem mam wrażenie, że zrobiłam w tym kierunku już wszystko, co w mojej mocy, a na niektóre rzeczy (np. na opakowania albo politykę planowanej awaryjności produktów) po prostu nie mam wpływu. Mimo, że staram się kupować produkty pakowane zbiorczo, to nie wszystko da się nabyć luzem i na wagę. Nie wszystko da się też zrobić w domu albo wymienić, więc życie bez odpadów jest praktycznie niemożliwe.
Wszak już starożytni musieli jakoś stawić czoła temu problemowi...
Zgodnie z sugestiami zawartymi w przewodniku dla uczestników Tygodnia zastanowiłam się, z jakich najbardziej odpadogennych produktów mogłabym zrezygnować nie naruszając drastycznie swojego komfortu życia. No, i cóż - wyszło na to, że nie ma takiej opcji - przecież nie porzucę dziecka, które w naszym gospodarstwie domowym jest największym producentem śmieci ;-)
O ile potrafię wziąć odpowiedzialność za swoje wybory i świadomie ograniczyć konsumpcję, to w przypadku własnego potomka mam dylemat. Na ile mogę mu narzucać swoje podejście? Jak to wyważyć i sprawić, żeby prostota stała się dobrowolna? A co, jeśli każdy musi przejść przez zachłyśnięcie konsumpcją i powiększaniem stanu posiadania (nawet gdyby miał to być kolejny różowy jednorożec), żeby docenić  minimalizm i drugą stronę medalu? Póki co mogę tylko mieć nadzieję, że rozbudzona przez reklamy faza na "chcę to" kiedyś przeminie. A ilość śmieci się zmniejszy.
Tymczasem stosuję klasyczne metody gospodarowania odpadami. Własna siatka lub plecak na zakupach to podstawa już od dawna, kompost wozimy na działkę, segregujemy kartony, szkło i plastik, szmaty wrzucam do kontenerów do przeróbki na czyściwo (ongiś pojemniki PCK), elektrośmieci oddaję do odpowiednich punktów zbiórki (można skorzystać z internetowej giełdy odpadów Eko-brokers.pl) . Nie używam papierowych ręczników, podpaski mam wielorazowe (i rozważam kupno kubeczka), nie kupuję chemii gospodarczej ani kosmetyków (oprócz mydła, pasty do zębów i szamponu dla dziecka), jak mam fantazję, to przerabiam rzeczy lub biorę udział w koleżeńskich wymiankach. Jeśli coś nadaje się do naprawy, to próbuję znaleźć fachowca, który się tym zajmie (pozdrawiam serwis Ładnie naprawię.pl).
Czy można tu jeszcze coś ulepszyć? Dajcie znać :-)


Tydzień inny niż wszystkie

Z powodu wyjazdu prawie zapomniałam o Tygodniu innym niż wszystkie. Dzisiaj zaczęła się pilotażowa tura projektu, w której biorą udział blogerzy, aktywiści i ekolodzy zaproszeni przez Fundację Sendzimira. Akcja wzorowana jest na No Impact Project - chętne osoby przez tydzień biorą udział w ekoeksperymencie, próbując zmienić swoje nawyki, sposób myślenia, aby zmniejszyć swój ślad ekologiczny.
Z powodu wyjazdu nie zdążyłam obliczyć swojej emisji CO2 (zrobię to jutro), ale pamiętam, że 7 lat temu brałam udział w dość szczegółowych wyliczeniach tegoż, tylko wyniki muszę odgrzebać. Ciekawe będzie porównanie obu śladów.
Zadaniem dnia pierwszego było ograniczenie konsumpcji. Ponieważ większość dnia spędziłam w podróży (jeden samochód+7 osób=full carpooling), to nie miałam okazji, żeby poszaleć zakupowo. I chyba rzeczywiście poza jedzeniem nie kupiłam nic. Mam nadzieję, że przez resztę tygodnia też uda mi się nie kupować rzeczy, oprócz tych absolutnie niezbędnych, do których zaliczam właśnie żywność (niech będzie, że bez słodyczy) :-)

Poniżej trailer filmu No Impact Man (nawiasem mówiąc niektóre działania podejmowane przez Colina nie mają zbyt wiele wspólnego z głęboką ekologią, a rodzinie bohatera chwilami szczerze współczułam)




2 kwi 2013

Karton, naturalnie

A więc zupełnie niedawno ruszyła kampania "Karton, naturalnie" Fundacji Pro Karton. A że karton jako surowiec uwielbiam, i wcale tego nie kryję, to od razu zapoznałam się z raportem odnośnie zalet opakowań kartonowych i konsumenckich postaw Polaków związanych z takimi właśnie opakowaniami. W skrócie wyniki badań obrazuje poniższa infografika.


O ile niespecjalnie interesują mnie powody konsumenckie (ja osobiście kupuję czasem napoje w kartonach dlatego, że są tańsze, lżejsze i jest większy wybór - np. mleko sojowe, w opakowaniu szklanym nie widziałam), to część dotycząca recyklingu zajmuje mnie dużo bardziej. Tyle, że z raportu niewiele wynika... Tzn. wynika smutna prawda, że Polacy nie segregują kartoników po napojach. Wg mnie duży wpływ ma na to niejasny system odbioru i recyklingu tetrapaków, który w każdej gminie jest rozwiązany inaczej. Np. u nas kiedyś kartony po soku wrzucałam do pojemnika na papier, ale od jakiegoś czasu wytyczne Remondisu mówią, żeby wrzucać je do kontenera żółtego - na tworzywa sztuczne. I tu przechodzimy do clou całej kampanii - ani razu w raporcie nie zająknięto się o tym, że karton do przechowywania napojów ≠ czysty papier.
Nieprzyjemna prawda jest taka, że tetrapaki to opakowania trudniejsze do recyklingu, niż szkło czy sam papier. Składają się z laminowanego kartonu, folii i aluminium. I często jeszcze plastikowego zamknięcia lub rurki. Te trzy warstwy są ze sobą ściśle połączone, a ich ponowne oddzielenie i odzyskanie poszczególnych surowców wymaga (na podstawie informacji Tetra Pak odnośnie recyklingu kartonów):
1. Wypłukania z nich wodą celulozy (z otrzymanej pulpy wytwarzane są np. tektura falista, sztywne tekturowe rdzenie do ręczników papierowych)
2. Oddzielenia od celulozy mieszaniny polimerów (plastikowych zamknięć, folii) i aluminium – powstaje z niej twardy i wytrzymały kompozyt, wykorzystywany np. do produkcji mebli ogrodowych, mieszanina ta jest również stosowana do uszlachetniania paliw alternatywnych
"Inną formą recyklingu zużytych opakowań po mleku i sokach jest produkcja płyt wiórowych z domieszką rozdrobnionych kartoników, które są prasowane w wysokiej temperaturze. W tej metodzie recyklingu używa się zarówno całych kartoników jak również mieszaniny ich elementów plastikowych, foliowych oraz aluminium.
W Polsce wskaźnik recyklingu opakowań kartonowych do płynnej żywności wynosi ok.10%. Informacjami n.t. wskaźnika recyklingu innych typów opakowań dysponują organizacje ich odzysku, m.in. Rekopol S.A."
Z danych na stronie ProKarton.org dowiadujemy się, że w Polsce działa ponad 30 organizacji odzyskujących celulozę z kartonowych opakowań. Trudno powiedzieć, ile surowców udaje się w ten sposób rzeczywiście odzyskać. Brakuje mi też informacji, jak bardzo energochłonny jest proces recyklingu tetrapaków w porównaniu z PETami, makulaturą czy szkłem. Bo w raporcie podano jedynie opinię respondentów, a nie wyniki realnego porównania carbon and water footprint dla poszczególnych typów odpadów.

Szkoda, że twórcy kampanii zapomnieli wspomnieć o tej kwestii, skupiając się głównie na zaletach "kartoników" związanych z ich konsumenckim jednorazowym użyciem.
Więc jak zawsze przypominam o precyklingu, recyklingu i upcyklingu - nigdy nie zaszkodzą :-)


29 mar 2013

Let's talk about sharing, bejbe

Na początek filmik:


Przekonujące, co? No, może oprócz podkładu muzycznego... Ale cała reszta dobrze ilustruje założenia koncepcji dzielenia się/udostępniania. Skoro mamy już na świecie tyle domów, samochodów, telewizorów, komputerów, jedzenia, to może czas zacząć się nimi dzielić?
Wciąż nie wiem, czy polskie społeczeństwo dojrzało do sharing economy. Niby już jesteśmy rozwinięci, ale wciąż na dorobku. Wszelkie próby stworzenia wspólnej własności czy przestrzeni kojarzą się z komunizmem i PGRami. Słabo widzę rozwój car sharingu czy food sharingu, jak w Niemczech. Kiedy kilka lat usłyszałam w Studni reportaż ze Szwecji, z ekologicznej wspólnoty mieszkaniowej, to brzmiało to niewiarygodnie utopijnie - mają tam nie tylko wspólny samochód czy ogród, ale też wspólną kuchnię. No, i dyżury do sprzątania. I to działa. Od kilkunastu lat bez przerwy, łał.
Z drugiej strony w Polsce też się zmienia klimat, o czym świadczy fenomen Cohabitatu, rozwój Wymiennika, powstawanie freelabów, kooperatyw, kuchni społecznej i miejskich ogrodów. Carpooling, coworking i couchsurfing też mają się coraz lepiej. Ludzie łakną wspólnoty i robienia czegoś fajnego razem. Tylko, że to takie nieśmiałe wszystko, takie partyzanckie i z ukrycia. Początkowy entuzjazm wyrażany on line, nagle gaśnie, gdy przychodzi faza real life. Gdy mnożą się problemy techniczne i organizacyjne, gdy w grupie kuleje komunikacja, gdy sąsiedzi i administracja mają gdzieś twój pomysł ogrodu na dachu, bo oni chcą mieć tylko święty spokój i płacić niższe podatki...Albo mają chore dziecko i mimo wszystko wolą obejrzeć telewizję.

W ramach motywacji jeszcze jeden filmik zrobiony przez Uniiverse.


I zajawka nowego dokumentu "Z kanapy na kanapę), który niedawno miał swoją polską przedpremierę. Nie widziałam, ale zobaczę :-)

25 mar 2013

Szycie z charakterem

Jak szyć? Szyj tak, aby było dobrze :-) Czyli mniej więcej tak, jak na blogu Rosa robi to. Rosita jest niekwestionowaną królową szyciowego recyklingu, co to ze starych spodni wyczaruje szykowną torbę i nie zapomni o guziku z pestki od awokado :-) Ze starej bluzy powstaną urocze pluszaki z charakterem (jednego zielonego kocura mamy w domu), portfele, podkładki i inne cuda. A jej posty nieodparcie poprawiają mi humor. Przy okazji - Rosa na żywo jest równie fajna jak na blogu, a ta cała laurka jest po to, żeby jej przysporzyć głosów w konkursie na Szyciowy Blog Roku.
Z pełną premedytacją was zachęcam, tym bardziej, że głosować można tylko do jutra, więc szybciutko - klik i po sprawie.

Dzięki :-)

A co do przeróbek, to jeszcze kilka fajnych projektów mi w oko wpadło, tym razem nie koszulowych, ani krawaciarskich. Maszyna w zasadzie do niczego się nie przyda :-)

Abażur z sukienki:


Buciki z filcu (może być sfilcowany sweter) - umiejętność obsługi igły i nitki pożądana:

Legowisko dla zwierzaka ze starej bluzy:



23 mar 2013

Ekoświęta, czyli bądź święta na co dzień :-)

Światowy Dzień Wody, Godzina dla Ziemi, Sprzątanie Świata i dziesiątki innych ważnych dni w ekokalendarzu... Im jestem starsza, tym z  mniejszym entuzjazmem pochodzę do wszelkich świąt, czy to religijnych, czy państwowych, czy ustanowionych przez organizacje pozarządowe choćby w najbardziej słusznej sprawie. Z wiekiem też bardziej do mnie przemawia argument, że pamiętać o lasach powinniśmy nie tylko podczas Święta Drzewa, a o Miłości nie tylko w Walentynki :-)
Ogólnie idea chwały-godna, wiadomo - takie daty mają nam przypominać o niektórych kwestiach, wywoływać dyskusję, zachęcać do działania. Jednego bardziej, drugiego mniej, trzeciego w ogóle.Ale forma też jest ważna.
I o ile przyklaskuję Manifie i jej corocznym postulatom, to goździkom i rajstopom dla każdej pracownicy już niekoniecznie. Podobnie z Godziną dla Ziemi (dzisiaj o 20.30), idea szczytna, ale sama akcja mnie tak nie rusza i nic nie zapowiada, że dołączę dziś do grona ludzi wyłączających światło. Wolę Studni posłuchać, a energię oszczędzać na co dzień.
Innym aspektem tego typu wydarzeń jest ich wzrastająca komercjalizacja i towarzyszące posunięcia medialno-marketingowe. Takie np. święta Bożego Narodzenia widoczne w marketach już w październiku. Albo Walentynki. Pewnie już tylko dla zakochanych uczniów ostatnich klas podstawówki czerwone serduszko wyprodukowane masowo w Chinach stanowi wyznanie miłości. Dla mnie kojarzy się z toksycznym odpadem, który co roku zalega na wysypiskach wraz z innymi gadżetami piszczącymi I love You, i jedyne uczucie, które mi towarzyszy w połowie lutego to irytacja...
Niestety podobnie dzieje się w przypadku wydarzeń o charakterze ekologicznym. Tu też wciska się komercha. Za wyjątkowo denną uważam tegoroczną kampanię WWF odnośnie Godziny Dla Ziemi. Włączenie w nią rzeszy pseudocelebrytów ("Jeśli 50 tysięcy osób przyłączy się do akcji, to Kasia Tusk wystylizuje się na pandę", "Jeśli 100 tys. osób, to Kora skosi trawę, a Kinga Rusin wejdzie w szpilkach na najwyższe piętro Pałacu Kultury" LOL ), którzy w swoim życiu codziennym niespecjalnie stosują zasady życia eko, no to hmm - żenada?

A co powiedzieć o firmach, które z racji Światowego Dnia Wody przysyłają mi na skrzynkę informacje prasowe o konieczności oszczędzania tejże? Jeśli jesteście ciekawi, komu najbardziej zależy, aby był postrzegany jako firma odpowiedzialna ekologicznie, to odpowiadam:
producent filtrów do wody - woda ma wpływ
producent płynu Ludwik  - ratuj ziemię zmywając naczynia z głową
producent armatur i sprzętu łazienkowego - zamontowanie instalacji interaktywnej na dworcu centralnym w W-wie
producent nowoczesnych syfonów do napojów - sponsoring warszawskiego Dnia Wody
kampania piwowarska - mniej wody, mniej prądu, ale więcej piwa :-)

Pocieszne (w przypadku kampanii piwowarskiej), ale czy przekonujące? Dla mnie trąci greenwashingiem. Niestety.


18 mar 2013

Ekopapki mi się zachciało

Seriale a ekologia, czy to by się dało połączyć? I nie myślę tu o celebryckiej ekopapce, którą z zapałem serwują m.in. EkoMiko, czy e!stilo. Po prostu fajnie byłoby się zresetować czasem przy niegłupim serialu, w którym ochrona przyrody, minimalizm i kwestie środowiskowe nie byłyby traktowane po macoszemu, ale wysunięte na pierwszy plan.
Taki np. Spisek żarówkowy albo Globalna ściema rozpisane na odcinki z fajną obsadą i wątkami pobocznymi :-) Albo Zielona piękność, ach...


Podczas weekendu w poszukiwaniu serialu z wątkiem eko natrafiłam na  Revolution. Zaintrygowało mnie pierwsze zdanie z opisu: "Nieznane zjawisko wyłączyło technologie zależne od energii elektrycznej na świecie, przestały działać komputery, sprzęt elektroniczny a nawet silniki samochodowe." Jak wygląda świat bez elektryczności? Jak w nim żyją ludzie? Megaciekawy początek Opowieści - budzisz się i nagle wszystkie tradycyjnie zasilane urządzenia przestają działać, trzeba szukać alternatyw, budować od nowa - ile to daje możliwości do pokazania idei samowystarczalności energetycznej, kooperatyw, ekowiosek, fablabów, earthshipów, permakultury, naukowców tworzących baterie na mocz i ślinę, projektantów, wizjonerów i zwykłych freaków :-)
Niestety po obejrzeniu kilku odcinków stwierdzam, że serial jak serial - trup ściele się gęsto + więzy krwi nade wszystko, ucieczki, pogonie itp. Fabuła z ekologią nie ma żadnego związku, o odnawialnych źródłach energii scenarzyści nie pomyśleli, postapokaliptyczna wizja świata zbliża się bardziej ku Drodze Cormaka McCarthy'ego niż ku Zielonej Piękności, nie polecam (choć nie tylko z powodu braku ekoprzekazu).
No, ale nie ustaję w poszukiwaniach i jeśli ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, to dajcie znać koniecznie.
Przy okazji - pozytywnie mnie zaskoczyły bestsellery "Gringo wśród dzikich plemion" i "Rio Anakonda". Do pana WC jako osoby nie pałam uczuciem sympatii, wręcz przeciwnie, ale jako autor książek podróżniczych  się sprawdza. Wątek ekologiczny w postaci wzmianek na temat Pachamamy i zaśmiecania dżungli jest nienachalnie obecny, a ciekawy. Jeśli jestem ostatnią osobą, która te książki przeczytała dopiero teraz i nagle odkryła Amerykę, to wybaczcie :-)


14 mar 2013

Meble z kartonu, po raz któryś

Jak nie o kwiatkach lub o jedzeniu, to o kartonie... Bo meble z tektury to temat rzeka.
Np. wrocławski doktorant architektury Jerzy Łątka opracował ze studentami zestaw mebli z kartonu dla bezdomnych, który był później częścią wystawy w Muzeum Współczesnym, a po jej zakończeniu meble trafiły do schroniska Brata Alberta (tu więcej o tym ciekawym projekcie).
Z kolei Beata Nikołajczyk, studentka łódzkiej ASP otrzymała nagrodę za projekt pn. "Moduły z tektury falistej umożliwiającej funkcjonalną aranżację przestrzeni publicznej". Zestaw BLOOK to pięć modułów, które pełnią funkcję siedzisk, stołów i regałów.


I jeszcze tekturki, czyli seria produktów z hifi studia projektowego w Krakowie. Regał/parawan jest super (przynajmniej wizualnie), inne meble i igadżety (np. bujaki dla dzieci) też:

Trzeba jeszcze wspomnieć o australijskiej firmie Karton, która w swojej ofercie ma nie tylko różnego rodzaju meble biurowe, ale także łóżko :-)



A u mnie w domu pod dziecięcym łóżkiem w roli szuflad świetnie sprawdzają się kartonowe pudełka po owocach, rodem z tesko. I wysokość, i szerokość idealna :-)

PS. aha, i gdyby ktoś jeszcze był zainteresowany warsztatami robienia mebli z kartonu, to owszem, są, można się zapisywać - z doświadczenia polecam!

11 mar 2013

Grow the Rewolution

No, i minął Tydzień Ebuka, minął też EkoWeekend, który spędziłam - o zgrozo - w centrum handlowym, gdzie miałam okazję współprowadzić warsztaty dla dzieci (btw - ekomarketing zdecydowanie powinien pójść o krok dalej w swojej wiedzy na temat ochrony środowiska, niż "robienie czegoś ze śmieci" i "wymiana starej zabawki za zniżkę na nową lub kartę stałego klienta". Wymienianie odpadów na sadzonki natomiast popieram - wróciłam z krokusikiem i prymulką, mam nadzieję, że przetrwają marcowe przymrozki).
Ponieważ moja faza agrarna z roku na rok przybiera na sile, to w tym roku mam ochotę zazielenić nie tylko parapety, ale i miejsce kultowe, czyli balkon. W tym celu właśnie się zapisałam na kolejne webinarium Cohabitatu - tym razem pod nazwą "Miejski Ogrodnik".
Szykuję się też na kino on line, czy środową projekcję filmu Edible City (szczegóły na fanpage'u Cohabitatu).
i edycja, dla tych, co nie zdążyli, film można obejrzeć w wersji oryginalnej na jutiubie: 



Nieustannie śledzę też poczynania Nasiennej Armii Zbawienia i wszystkich osób, które tworzą mniej lub bardziej formalne banki nasion. Ich spotkanie już niedługo - pierwszego dnia wiosny - w Wolimierzu.

Z kolei mieszkańcy Krk mogą wziąć udział w ciekawych warsztatach - tworzenia rosnącej zielonej ławki z wierzby.
W Wawie też się dzieje, a to za sprawą Mieszadła - fablabu, gdzie warsztaty odbywają się niemal codziennie, a wszystkie ciekawe.Te permakulturalne i ogrodnicze też.

A tymczasem odliczanie trwa...
Tak naprawdę zostało już tylko 8 dni i 19 godzin :-)

5 mar 2013

Ebooki atakują

A zatem znów mamy Tydzień E-booka (lub e-booka, ebooka, E-książki, eKsiążki, e-książki), jak się okazało wczoraj w bibliotece na spotkaniu z czci-godnym poetą, (lub e-poetą).
Skorzystałam więc dzisiaj z promocji i zakupiłam dwa ebooki (które mam nadzieję w tym roku przeczytać), a warto dodać, że wirtualne księgarnie coraz bardziej się rozwijają, dużo jest nowości, a i ceny bywają nawet o połowę niższe niż "normalnych" książek, więc dobrze jest śledzić (albo być śledzonym przez) promocje w Woblinku, Publio, czy Virtualo. Zdarzają się też promocje jednodniowe lub nawet jednonocne, o których dostaje się powiadomienia mailowe, ale trochę zaśmiecają skrzynkę jednak, uprzedzam.


A słyszeliście o ebookach za "co łaska"?
Z pomysłem jakiś czas temu wystartowało wydawnictwo naukowe Universitas, gdzie za wybrane ebooki klient płaci, ile chce (ale nie mniej niż złotówkę plus VAT). Podobnie działa platforma BookRage.org, gdzie w pakiecie można kupić za dowolną cenę książki różnych polskich autorów od fantastyki. To akurat nie moja bajka, ale może ktoś skorzysta :-)

3 mar 2013

E 120 i inne historie

Czytacie składy? Ja czytam od jakichś 20 lat i teoretycznie powinnam mieć wszystkie dodatki E w małym paluszku, ale jednak nie mam pamięci do cyferek. Uprzejmie więc donoszę, że istnieją różne pomoce odnośnie identyfikowania dobrych i złych E.
Od książki E213, przez aplikację E-kody (na starsze telefony komórkowe) do aplikacji eFood (na smartfony).
Weg(etari)anie powinni unikać takich E jak na liście forum Empatii, ze słynną koszenilą (czerwony barwnik ze sproszkowanych mszyc) E 120 na czele. Zły jest także szelak - E904 - również pozyskiwany z owadów - niestety występuje także na owocach cytrusowych jako środek konserwujący :-/

Niefajne są także barwniki powodujące nadaktywność
  • żółcień chinolinowa (E 104)
  • tartrazyna (E 102)
  • żółcień pomarańczowa (E 110)
  • pąs 4R/czerwień koszenilowa (E 124)
  • azorubina/karmoizyna (E 122)
  • czerwień Allura AC (E 129).
 I choć wiele z tych dodatków jest całkowicie bezpiecznych, to generalnie - im mniej E, tym lepiej. Ale bez czytania składu się nie obędzie...