3 wrz 2014

Schody do nieba


Najpierw opowieść z życia wzięta: Huseyin Cetinel, 65 latek z Istambułu postanowił pomalować zaniedbane schody w sąsiedztwie, ale z niewiadomych powodów ta kolorowa samowolka nie zyskała uznania w oczach urzędników. Ponownie przemalowali schody na szaro. Wtedy na Twitterze zaczęła się rewolucja obywatelskiego nieposłuszeństwa. Ludzie skrzyknęli się i znów pomalowali schody w kolory tęczy. A potem zaczęli przemalowywać inne schody, w innych miastach Turcji, zamieszczając zdjęcia w internecie. I co? I pstro! :-)
Jest nawet filmik, a pełna historia tu :-)

Zdjęcie: Gürol Demirutku


Schody są wdzięcznym polem do popisu dla street-artystów, szkoda że tak rzadko wykorzystywanym:

1. Schody jak rzeka w Seulu


2. Schody do Philadelphia Museum of Art podczas wystawy prac Salvadora Dali w 2005


3. Schody-kredki w Poznaniu (foto: Tomek Hejna, autor: Poznań na fotografiach)



 Więcej pięknych: boredpanda.com

27 sie 2014

Pocałunek Klimta

Fotel z Pocałunkiem via Cultura Inquieta

Rzeźby z klocków LEGO autorstwa Nathan Sawaya


Pocałunek w wersji trash-art autorstwa Jane Perkins



Pocałunek w Syrii (by Tammam Azzam)

Make art, not war!

23 sie 2014

Dom się spalił

3 dni temu spłonął pierwszy budynek mieszkalny, który powstawał w ekowiosce  koło Barda w Kotlinie Kłodzkiej.





Potrzebny jest sprzęt (i pieniądze) na odbudowę:

- agregat prądotwórczy (najlepiej mocny)
- młot pneumatyczny
- szlifierka kątowa, wkrętarka lub inne elektronarzędzia
- betoniarka
- szpadle dobrej jakości (bo ziemia jest gliniasta) 2 szt
- łopata
- drabiny i drabinki
- paskarka do pakowania towarów (do kompresowania słomy)


Kosztorys, plan odbudowy i dane do wpłat zamieszczone są na fanpage'u i stronie osady.  Szkielet domu wypełniony był kostkami słomianymi i - jak widać - jest to materiał łatwopalny. W ciągu pół godziny roczna praca wielu ludzi poszła na marne :-/
Bardzo współczuję wszystkim osobom zaangażowanym w budowę, tym bardziej że jestem wielką fanką naturalnych technologii i w sumie jakoś nie dopuszczałam do siebie myśli, że mają też słabe strony. A tymczasem powyższa sytuacja pokazuje, że biobudownictwo, oprócz wielu zalet, ma również swoje wady, o których entuzjaści nie wspominają (albo nie są świadomi).
Domy ze słomy i drewna mogą spłonąć, słoma może gnić, glina może pękać. Z tego wszystkiego hempcrete (czyli konopny beton) brzmi najbardziej obiecująco (i jest niepalny), ale w Polsce niewiele jest osób, które mają doświadczenie w jego produkcji (jakby co, to Ekocentrycy).


17 sie 2014

Jeszcze o huśtawkach

Kilka dni temu dowiedziałam się, że mój pomysł zamontowania huśtawek na opolskich przystankach autobusowych jednak nie znalazł się na liście projektów, na które będzie można głosować w budżecie obywatelskim. (Zgłoszony projekt jest niezgodny z § 2 pkt 2 Regulaminu Budżetu Obywatelskiego miasta Opola w 2015 roku. Phi!)
Nieoficjalnie się dowiedziałam, że na pociechę może ze 2 takie huśtawki powstaną poza budżetem. Ale dopóki się nie pohuśtam, nie uwierzę.

A tymczasem w Pradze można pobujać się na festiwalu Landscape (do 9 września, Nákladové nádraží Žižkov, Jana Želivského 2, Praha 3, codziennie od 13 do 21.00, za darmo), gdzie duet naOKRAJI/ Daniel Matějka & Hana Syrová prezentuje swój projekt Rozhuśtajmy krainę czeską! (Rozhoupejme českou krajinu!), a konkretnie 100 Huśtawek dla krainy/przyrody (100 Houpaček pro krajinu)
Przy czym huśtawka jest symbolem wspólnej radości, zabawy i wznoszenia się.


Hubert napisał: wreszcie zrozumiałem, o co ci z tymi huśtawkami chodzi. Huśtałem się chyba z pół godziny i siłą mnie trzeba było odrywać.

Chyba nie trzeba nic dodawać :-) Na koniec jeszcze zdjęcie z powyższej akcji 100 huśtawek dla, bo ponoć warte tyle co 1000 słów :->

14 sie 2014

Wegańskie konkrety, czyli kuchnia na lato

Nie wiem, jak  u was, ale mój stosunek do kuchni w lecie jest mocno ambiwalentny. Nie uśmiecha mi się sterczenie przy garach i nagrzanej kuchence. Z drugiej strony codziennie przychodzi taki moment, że człowiek robi się tak głodny, że nie da się już pooszukiwać brzucha kolejną herbatą czy kanapką. Brzuch domaga się konkretów. I co dostaje?
Ostatnio:
dynię hokkaido duszoną z cebulą
gotowane ziemniaki i miskę sałaty z pomidorami
gazpacho
tabbouleh (z kaszą jaglaną zamiast bulguru)
coś w rodzaju alu gobi (ziemniaki z kalafiorem, z podsmażaną cebulką, czosnkiem i imbirem i indyjskimi przyprawami)
pieczone warzywa (na blaszkę rzucamy pokrojone i natłuszczone kawałki: cebuli, buraków, kalafiora, ziemniaków, marchewki, papryki+przyprawy)
gotowaną ciecierzycę
leczo z cukinii

 i w sumie mogłabym tak w kółko, ale Dziecko domaga się makaronu. I ogórków.
Dodać mogę jeszcze, że od kilku dni wszystko posypuję hojnie ziarenkami z Ziarenkowa, bo kupiłam dwie mieszanki na próbę. Dobre są, więc jeśli nie czujecie się na siłach, żeby uprażyć sobie samemu (ja się nie czuję) słonecznik, dynię, sezam, siemię i konopie, to polecam :-)

I jeszcze tło muzyczne (dzięki Stopie), let's tabbouleh dance!



13 sie 2014

Atrament przesympatyczny

Codziennie coś nowego :-) Szukając informacji o DIY farbach fluorescencyjnych, rzuciło mnie na wyjątkowo ciekawe hasło Wikipedii dotyczące atramentu sympatycznego.
Dotychczas wiedziałam o mleku i soku z cytryny, a tu się okazuje, że właściwości takie ma także... mocz i nasienie. I ten cytat: "George Mansfield Smith-Cumming, pierwszy szef brytyjskiej Tajnej Służby Wywiadowczej (SSB), zwykł mawiać Każdy mężczyzna nosi przy sobie własne pióro."
Więc jeśli ktoś lubi eksperymenty i/lub zabawy w małego szpiega, to niech spróbuje, a kto się brzydzi, może wykorzystać wodę z miodem, ocet winny, wodę z mydłem lub sok z cebuli.
Bo wiedza taka może się przydać! Jako rzecze Wikipedia: "Choć atramenty sympatyczne stosunkowo łatwo wykryć, w praktyce okazują się bezpieczniejsze od elektronicznych środków komunikacji, które można przechwycić szybciej i sprawniej, niż papierowe listy."
Tylko uwaga na treść wiadomości! "słowa-klucze, takie jak „czerwona kapusta”, czy „gorąco”, znajdujące się w jawnej części listu, użyte w dziwnym kontekście, mogą alarmować cenzora o użyciu atramentu sympatycznego." :-)


Natomiast atrament sympatyczny fluorescencyjny (widoczny w świetle UV) w połączeniu ze zwykłymi farbami bywa używany przez artystów. Efekt?
Np. taki:
 lub (Zen Art Design):

9 sie 2014

Jak nie urok, to koklusz

W krztuścu najfajniejsza jest nazwa bakterii, którego go wywołują - Bordetella pertussis :-) Prawie jak Gogol Bordello:

 

Bordetella, czyli pałeczka krztuśca, w płucach wygląda tak:



A wyizolowana (z serii Giant Microbes) tak:


 W ostatnich dniach chcąc nie chcąc (z akcentem na nie chcąc) stałam się specjalistką od krztuśca. To taka choroba zakaźna, której nazwa wyjątkowo trafnie oddaje jej przebieg.
Krztusiec, zwany kokluszem (lub na odwrót), uważany jest za chorobę dziecięcą i prawdopodobnie każdy z nas był na to w dzieciństwie szczepiony. Jak się jednak okazuje, ani szczepienie ani przebycie krztuśca, nie uodparnia na całe życie. Szczepionki, jeśli nie są systematycznie ponawiane, to po kilku/nastu latach przestają działać na układ immunologiczny i może się zdarzyć, że człowiek zaszczepiony niespodziewanie zachoruje w wieku dorosłym. No, i tak sobie kaszlę od trzech tygodni,  a jest to kaszel duszący, dławiący i upierdliwy (lub udupliwy jak mówi Córka Moja). Cholerstwo nasila się nocą i ranem, ale pomiędzy napadami kaszlu da się żyć całkiem normalnie.
Jeśli więc od minimum 2 tygodni dręczy was kaszel, któremu nie towarzyszy gorączka czy katar, a w nocy się dusicie i łapczywie próbujecie zaczerpnąć powietrza, to Ciocia Dobra Rada mówi -  przebadajcie się w kierunku krztuśca. Można to zrobić w prywatnych laboratoriach (NFZ nie refunduje niestety takich badań), na wyniki czeka się do 14 dni, komplet badań kosztuje ok. 200zł. Plus antybiotyk za 50.
A, no i mocno zakaźna jest ta bordetella, na wszelki wypadek więc siedzimy w domu, żeby nie roznosić zarazy. Oczywiście jak na złość jest upał, plenery kuszą, kino pod chmurką kusi, joga w parku w parku kusi...

4 sie 2014

50 rzeczy, które trzeba zrobić za młodu

Czytam ja sobie od kilku tygodni "Ostatnie dziecko lasu" Richarda Louv, a idzie mi pomału, bo z każdą stroną napływają jakieś wspomnienia z dzieciństwa. Ogród na wsi u babci, zbieranie stonki z ziemniaków, spanie na sianie, polowanie na muchy z packą (z dzisiejszej perspektywy mało chwalebne), wycieczki w góry, wyprawy pod namiot, uciekanie przed burzą, turlanie się z górki...



I świadomość, że moje dziecko nie ma tylu okazji do przebywania na łonie i takich doświadczeń. Czas spędzany na dworze skurczył się żałośnie na korzyść domowych atrakcji, mediów i zabawek-gotowców.
Coraz więcej się mówi o deficycie przyrody, i dobrze że się mówi. I ze powstają filmy typu Play Again (który miałam okazję zobaczyć w całości z czeskimi napisami)  i może więcej ludzi uświadomi sobie, co utraciliśmy zyskując internet.



Wymiana realnej sieci ekosystemów na wirtualną rodzi problemy, o których na co dzień nie myślimy. A tymczasem natura może stać się lekiem na depresję, nerwice czy ADHD. Odkryto np., że bakterie żyjące w glebie wzmagają wydzielanie - hormonu szczęścia. M.in na tym polega horterapia, czyli grzebanie w ziemi :-)
Podobnie działają zwierzęta, i nie chodzi tylko o dogoterapię czy hipoterapię, bo właściciele kotów na pewno zaprotestują :->. Nie zapominajmy o relaksującym wpływie dźwięków natury (włączcie sobie szum wiatru lub morza)...
Smutne znaki naszych czasów - aplikacje na smartfony z odgłosami przyrody oraz spot promujący swobodną zabawę na dworze:




Więc zamyśliłam się nad listą 50 rzeczy do zrobienia zanim dorośniemy (50 things to do before you are 11 3/4). Czy ktoś zaliczył wszystkich 50? Ja doliczyłam się ok. 30, a część z nich doświadczyłam w wieku sporo ponad nastoletnim. Jest więc co robić, a lato się jeszcze nie skończyło :-)

3 sie 2014

Zapach miasta

Usiadłam dziś w końcu do zaległej prasówki. Tym razem padło na Wysokie Obcasy z 4 stycznia bieżącego roku. A tam, wśród kilku ciekawych artykułów, był także jeden zatytułowany "Zapach wielkiego miasta" o zapachowych mapach City Smell Scape tworzonych przez Sissel Tolaas - ekspertkę i kolekcjonerkę nietypowych woni.
Szkoda, że nie miałam nigdy okazji powąchać takiej mapy, bo sam pomysł podoba mi się bardzo. Skoro są mapy dźwiękowe, to czemu by nie zapachowe...



Np. indyjskie miasta pachną w szczególny sposób, choć trudno mi podać części składowe tej mieszanki. Pewnie znalazłyby się w nim spaliny, ścieki, kadzidełka, olej skwierczący w olbrzymich garach do smażenia samos i pakor...
Opole jeszcze 10 lat temu pachniało kawą Inką (zakłady Nutricii) - zwłaszcza przed zmianą pogody, teraz nie wiem, czy ma jakiś charakterystyczny zapach.
Osób, które tworzą zapachowe mapy jest więcej. Przy odrobinie szczęścia można natknąć się nawet na zapachową wystawę w muzeum.


A dzisiaj tęsknię za zapachem deszczu (ma swoją nazwę nawet - petrichor), na który składają się: ozon i geosmina (związek chemiczny wydzielany przez bakterie gnilne, odpowiedzialny za zapach ziemi po deszczu, smak buraków i zapach karpi).





Nie mam pojęcia, co w tym fakcie robi witamina B12, ale poza tym wszystko się zgadza :-)

 



29 lip 2014

Jest łyżka, jest radość :-)

Oto mój dzisiejszy powód do radości:

Łyżka drewniana, ręcznie robiona, gładka, w sam raz do ręki, po prostu piękna. Trafiła do mnie poniekąd dzięki kooperatywie. Bo mąż Małgosi, która przywiozła mi dzisiaj 3 kg pomidorów z zaprzyjaźnionej uprawy, więc ten mąż - on jest łyżkoholikiem.

Takie ma hobby, pasję, czy jak zwał tak zwał, ale robi łyżki. I w ten weekend wybiera się nawet do Anglii na SpoonFest (tak, łyżkoholicy mają swój własny festiwal, na którym mistrzowie dłuta i noża prowadzą warsztaty dla początkujących). Brzmi ciekawie i wygląda nieźle (przynajmniej na zdjęciach z zeszłego roku) - jak tam wszyscy siedzą i strugają :-)


Życzę Marcinowi owocnych festiwalowych warsztatów i nie mogę się doczekać, gdy przekaże zdobytą wiedzę dalej (najlepiej w okolicach Opola).
Dodatkowo, dziwnym trafem dziś natknęłam się na bloga, którego autorka również popełniła kilka łyżek. To tylko podsyciło moją motywację do nauki nowego rękodzieła...Bo łyżki mają sens :-)



27 lip 2014

Cenne krople

Tak, wiem, jest gorąco, wszyscy są na wakacjach i prawie nikt już tu nie zagląda (ze mną włącznie). A jednak z okazji  burzy za oknem (prawie jak rok temu) czas napisać o deszczówce :-)
Na działce Wujka Franka do tego celu służy stara wanna (klasyk). Zazwyczaj jednak deszczówkę zbiera się do beczek (w sieci mnóstwo wskazówek), a używa jej najczęściej do podlewania ogrodu . Rzadziej do spłukiwania toalet.
Ale można też trochę inaczej:

Rynna z konewką:



RainDrops - system butelkowy:



Accumuwater Water Tower:


Rain Gardens, czyli Deszczogródki - małe ogródki w bezpośredniej bliskości rynien:


A tu Petal Drops - zbieranie deszczówki w skali mikro (akurat do podlania kwiatków na parapecie):

A to poidełko dla ptaków- zbiorniczek na deszczóweczkę niczym mak czerwony jest najlepszy :-) Z Etsy.


22 lip 2014

Dobra wiadomość i recenzja :-)

Dobra wiadomość jest taka, że Chiny anulują obowiązek testowania kosmetyków na zwierzętach! Bo dotychczas wiele firm kosmetycznych lokowało swoje laboratoria w Chinach, a tamtejsze prawo zobowiązuje producentów do testowania składników na zwierzętach.
Więc miejmy nadzieję, że w końcu wszystkie kosmetyki będą  wolne od okrucieństwa.
A skoro już o kosmetykach mowa, to chciałam zrecenzować krem do stóp z majerankiem i tymiankiem szwedzkiej marki L:A Bruket. Oto on:


Przydają się czasem blogowe koneksje, bo sama zapewne na ten krem bym normalnie nie trafiła, a  nawet jakbym trafiła, to bym go nie kupiła. 89zł to już dla mnie dużo, jeśli chodzi o wydatki na kosmetyk. Z drugiej strony już nie raz przekonałam się, że lepiej wydać więcej, a rzadziej na dobry produkt, którego mogę używać bez wyrzutów sumienia. Ta zasada sprawdza się zarówno przy paście do zębów, jak i mydle, więc dlaczego nie miałaby się sprawdzić przy kremie...
Ale do rzeczy, do kremu. Niby nie jest to rzecz pierwszej potrzeby, ale dla osób, którym często pęka skóra na piętach (to ja), i owszem.
Nie będę wklejać zdjęć swoich stóp przed i po, musicie uwierzyć mi na słowo.  Przed (czyli na co dzień)  moje pięty mają popękaną (czasem głęboko i boleśnie) i spierzchniętą skórę, pełną zadziorów. Sytuacja gorsza jest zimą, teraz jest całkiem znośnie.
Natomiast po (czyli jeśli pamiętam o nasmarowaniu kremem) jest chłodno, jest miękko, jest gładko. Olejek miętowy ma działanie chłodzące (odczuwalne), a cała gama olejków (kokosowy, shea, awokado, majerankowy i tymiankowy) nawilża i natłuszcza skórę.
W dodatku składniki mają certyfikat Ekocert.
Skład:
Aqua (dest.water), Glycerin (fr. coconut), Sorbitan olivate (fr. olive), Cetearyl olivate (fr. olive), Butyrosermum parkii butter (shea butter), Cocos nucifera oil (coco nut), Limnathes alba seed oil (meadowfoam), Cetyl alcohol, Theobroma cacao seed butter (cocoa butter), Betain monohydrate (fr.coconut), Cetyl palmitate (fr.palm), Sorbitan palmitate (fr. avocado), Benzyl alcohol (nat preserv.), Thymus vulgaris oil (thyme), Origanum majorana leaf oil (marjoram), Sclerotium gum (natural gel), Salicylic acid (fr. meadow sweet), Sorbic acid (natural preservative), Linalool and d-Limonene (naturally occurring in essential oils).

Różnica przed i po jest spora, większa niż przy użyciu standardowych środków pielęgnacji w postaci masła shea z olejkiem arganowym czy zwykłej oliwy. Zasadnicza różnica jest też taka, że po użyciu kremu L:A BRUKET skóra jest nawilżona, ale nie tłusta, co jednak znacznie ułatwia życie (i nie brudzi skarpet) :-)
Szczerze polecam!

21 lip 2014

Czy wiesz, że...

1. ...ananasy nie rosną na drzewach?

2. ... trawa pod mikroskopem się uśmiecha?
3. ... tak rośnie brukselka?

4. ... mleko kokosowe ma skład bliski osoczu krwi?


5. ... i że słonecznik ma właściwości anty-radioaktywne?



Ja też nie wiedziałam :-)

10 lip 2014

Może nad morze?

Ponieważ ostatnio czuję się jakoś tak:
to znaczy, że czas na wakacje. A że wieki już nie byłam nad polskim morzem (konkretnie 30 lat), to może właśnie tam? W ośrodku "Saturn" ma być nawet wi-fi, ale nastawiam się raczej na spacery, plażowanie i czytanie oraz spędzanie czasu z rodziną (bo rodzina to skarb). Następna relacja więc dopiero jakoś po 20-tym, bo jeszcze chcę zawitać na Festiwal Alternatywnych Społeczności w Wolimierzu.

A sztuka piasku? Owszem, istnieje coś takiego :-)
Np. obrazy 3D malowane na piasku:

albo ulotne zabawy Andres Amadora, który codziennie wymyśla nowy wzór, aby potem spłukały go fale. Bardzo zen.


Z kamyków też można coś zrobić. Oto dowód:



 albo wieszaki na biżuty:
O muszelkach kiedy indziej :-)

6 lip 2014

Co czytasz?

Ostatnio znów czytam kilka książek naraz, bo wszystkie są tego warte :-)
Niestety, ponieważ nie są to powieści  (i wymagają więcej skupienia niż zawiłości koligacyjne w kolejnych tomach Gry o tron), to dawkuję je sobie po fragmentach. Gdyby ktoś jednak chciał spakować do plecaka (lub czytnika) jakąś wartościową książkę, to polecam:

Ostatnie dziecko lasu - to powinna być lektura obowiązkowa każdego rodzica, studenta pedagogiki i nauczyciela. Tym bardziej, że jesteśmy być może ostatnim lub przedostatnim pokoleniem, które poznało smak swobodnej zabawy na dworze. Przesłanie w wielkim myślowym skrócie brzmi: Nie chcesz wydawać na terapeutę? Zespół deficytu natury brzmi groźniej niż ADHD? Więc po prostu idź na spacer  i wygoń dziecko na dwór. Pozwól mu włazić na drzewa, grzebać w ziemi i podglądać mrówki i ślimaki. To zaprocentuje w przyszłości. Albo już teraz.



Głosy rewolucji żywnościowej - zbiór rozmów na temat współczesnej żywności, m.in. z Colinem Campbellem (tym od słynnego China Study). O tym, jak zmieniło się podejście do odżywiania i jak lobby mięsno-nabialowe manipuluje opinią publiczną (Pij mleko-będziesz wielki) i zmienia nasze nawyki żywieniowe. O tym, dlaczego GMO jest nie teges i o tym, jak przetworzona żywność fatalnie wpływa na nasze zdrowie. Co ciekawsze interlokutorzy to najczęściej osoby, które wyrastały na tradycyjnych farmach, w kulcie mięsa i nabiału (jeden z autorów jest synem magnata lodów śmietankowych w Ameryce). Warto przeczytać, bo chyba prościej niektórych kwestii wytłumaczyć się nie da.



Zjadanie zwierząt - jeśli ktoś czytał Jeść przyzwoicie i mu się podobało, to Zjadanie zwierząt też mu się spodoba. Kto nie czytał pierwszej pozycji, tym bardziej powinien sięgnąć (choć prawdopodobnie lepiej zrobi sięgając po oryginał, bo tłumaczenie zawiera błędy). Bardzo mnie ciekawi, jak na takie książki reagują mięsożercy. Ja w gruncie rzeczy nie potrzebuję utwierdzenia się w niespożywaniu mięsa i produktów zwierzęcych. Czytam jednak, bo w obu tych książkach jest wiele faktów dotąd mi nieznanych. Czasem jest to bolesna lektura, a pytania pozostają bez łatwych odpowiedzi, więc naprawdę mnie interesuje, czy osoby jedzące tradycyjnie też uwiera jej czytanie. Czy książka jest w stanie zmienić czyjeś podejście do zjadania zwierząt?



A, nie przepraszam, przeczytałam jednak dwie powieści, i to z mało znanego nurtu eko science-fiction :-) Zatopione miasto i Grabieżcy wody to książki dla młodzieży (10-14 lat), choć trudno mi ocenić, czy młodzież rzeczywiście uznałaby lekturę za wciągającą. Sam koncept podróży w czasie i zobaczenia dwóch wariantów przyszłości Ziemi w roku 2065 jest może nienowy, ale podany w zjadliwy sposób. W pierwszym przypadku bohater książki znajduje swoje rodzinne miasteczko zalane wodą (ocieplenie klimatu i liczne tsunami spowodowały podniesienie się poziomu morza), w drugim tomie woda pitna stała się towarem cenniejszym niż złoto. Dodatkowo mamy wątek romantyczny, sensacyjny, no i dyskretne wtręty ekologiczne. Czyta się szybko i zmusza do refleksji, czy rzeczywiście mamy wpływ, na to, jak będzie wyglądała przyszłość Ziemi. Minus przyznaję za pewną niechlujność edytorską (dopatrzyłam się trzech literówek).