29 lip 2014

Jest łyżka, jest radość :-)

Oto mój dzisiejszy powód do radości:

Łyżka drewniana, ręcznie robiona, gładka, w sam raz do ręki, po prostu piękna. Trafiła do mnie poniekąd dzięki kooperatywie. Bo mąż Małgosi, która przywiozła mi dzisiaj 3 kg pomidorów z zaprzyjaźnionej uprawy, więc ten mąż - on jest łyżkoholikiem.

Takie ma hobby, pasję, czy jak zwał tak zwał, ale robi łyżki. I w ten weekend wybiera się nawet do Anglii na SpoonFest (tak, łyżkoholicy mają swój własny festiwal, na którym mistrzowie dłuta i noża prowadzą warsztaty dla początkujących). Brzmi ciekawie i wygląda nieźle (przynajmniej na zdjęciach z zeszłego roku) - jak tam wszyscy siedzą i strugają :-)


Życzę Marcinowi owocnych festiwalowych warsztatów i nie mogę się doczekać, gdy przekaże zdobytą wiedzę dalej (najlepiej w okolicach Opola).
Dodatkowo, dziwnym trafem dziś natknęłam się na bloga, którego autorka również popełniła kilka łyżek. To tylko podsyciło moją motywację do nauki nowego rękodzieła...Bo łyżki mają sens :-)



27 lip 2014

Cenne krople

Tak, wiem, jest gorąco, wszyscy są na wakacjach i prawie nikt już tu nie zagląda (ze mną włącznie). A jednak z okazji  burzy za oknem (prawie jak rok temu) czas napisać o deszczówce :-)
Na działce Wujka Franka do tego celu służy stara wanna (klasyk). Zazwyczaj jednak deszczówkę zbiera się do beczek (w sieci mnóstwo wskazówek), a używa jej najczęściej do podlewania ogrodu . Rzadziej do spłukiwania toalet.
Ale można też trochę inaczej:

Rynna z konewką:



RainDrops - system butelkowy:



Accumuwater Water Tower:


Rain Gardens, czyli Deszczogródki - małe ogródki w bezpośredniej bliskości rynien:


A tu Petal Drops - zbieranie deszczówki w skali mikro (akurat do podlania kwiatków na parapecie):

A to poidełko dla ptaków- zbiorniczek na deszczóweczkę niczym mak czerwony jest najlepszy :-) Z Etsy.


22 lip 2014

Dobra wiadomość i recenzja :-)

Dobra wiadomość jest taka, że Chiny anulują obowiązek testowania kosmetyków na zwierzętach! Bo dotychczas wiele firm kosmetycznych lokowało swoje laboratoria w Chinach, a tamtejsze prawo zobowiązuje producentów do testowania składników na zwierzętach.
Więc miejmy nadzieję, że w końcu wszystkie kosmetyki będą  wolne od okrucieństwa.
A skoro już o kosmetykach mowa, to chciałam zrecenzować krem do stóp z majerankiem i tymiankiem szwedzkiej marki L:A Bruket. Oto on:


Przydają się czasem blogowe koneksje, bo sama zapewne na ten krem bym normalnie nie trafiła, a  nawet jakbym trafiła, to bym go nie kupiła. 89zł to już dla mnie dużo, jeśli chodzi o wydatki na kosmetyk. Z drugiej strony już nie raz przekonałam się, że lepiej wydać więcej, a rzadziej na dobry produkt, którego mogę używać bez wyrzutów sumienia. Ta zasada sprawdza się zarówno przy paście do zębów, jak i mydle, więc dlaczego nie miałaby się sprawdzić przy kremie...
Ale do rzeczy, do kremu. Niby nie jest to rzecz pierwszej potrzeby, ale dla osób, którym często pęka skóra na piętach (to ja), i owszem.
Nie będę wklejać zdjęć swoich stóp przed i po, musicie uwierzyć mi na słowo.  Przed (czyli na co dzień)  moje pięty mają popękaną (czasem głęboko i boleśnie) i spierzchniętą skórę, pełną zadziorów. Sytuacja gorsza jest zimą, teraz jest całkiem znośnie.
Natomiast po (czyli jeśli pamiętam o nasmarowaniu kremem) jest chłodno, jest miękko, jest gładko. Olejek miętowy ma działanie chłodzące (odczuwalne), a cała gama olejków (kokosowy, shea, awokado, majerankowy i tymiankowy) nawilża i natłuszcza skórę.
W dodatku składniki mają certyfikat Ekocert.
Skład:
Aqua (dest.water), Glycerin (fr. coconut), Sorbitan olivate (fr. olive), Cetearyl olivate (fr. olive), Butyrosermum parkii butter (shea butter), Cocos nucifera oil (coco nut), Limnathes alba seed oil (meadowfoam), Cetyl alcohol, Theobroma cacao seed butter (cocoa butter), Betain monohydrate (fr.coconut), Cetyl palmitate (fr.palm), Sorbitan palmitate (fr. avocado), Benzyl alcohol (nat preserv.), Thymus vulgaris oil (thyme), Origanum majorana leaf oil (marjoram), Sclerotium gum (natural gel), Salicylic acid (fr. meadow sweet), Sorbic acid (natural preservative), Linalool and d-Limonene (naturally occurring in essential oils).

Różnica przed i po jest spora, większa niż przy użyciu standardowych środków pielęgnacji w postaci masła shea z olejkiem arganowym czy zwykłej oliwy. Zasadnicza różnica jest też taka, że po użyciu kremu L:A BRUKET skóra jest nawilżona, ale nie tłusta, co jednak znacznie ułatwia życie (i nie brudzi skarpet) :-)
Szczerze polecam!

21 lip 2014

Czy wiesz, że...

1. ...ananasy nie rosną na drzewach?

2. ... trawa pod mikroskopem się uśmiecha?
3. ... tak rośnie brukselka?

4. ... mleko kokosowe ma skład bliski osoczu krwi?


5. ... i że słonecznik ma właściwości anty-radioaktywne?



Ja też nie wiedziałam :-)

10 lip 2014

Może nad morze?

Ponieważ ostatnio czuję się jakoś tak:
to znaczy, że czas na wakacje. A że wieki już nie byłam nad polskim morzem (konkretnie 30 lat), to może właśnie tam? W ośrodku "Saturn" ma być nawet wi-fi, ale nastawiam się raczej na spacery, plażowanie i czytanie oraz spędzanie czasu z rodziną (bo rodzina to skarb). Następna relacja więc dopiero jakoś po 20-tym, bo jeszcze chcę zawitać na Festiwal Alternatywnych Społeczności w Wolimierzu.

A sztuka piasku? Owszem, istnieje coś takiego :-)
Np. obrazy 3D malowane na piasku:

albo ulotne zabawy Andres Amadora, który codziennie wymyśla nowy wzór, aby potem spłukały go fale. Bardzo zen.


Z kamyków też można coś zrobić. Oto dowód:



 albo wieszaki na biżuty:
O muszelkach kiedy indziej :-)

6 lip 2014

Co czytasz?

Ostatnio znów czytam kilka książek naraz, bo wszystkie są tego warte :-)
Niestety, ponieważ nie są to powieści  (i wymagają więcej skupienia niż zawiłości koligacyjne w kolejnych tomach Gry o tron), to dawkuję je sobie po fragmentach. Gdyby ktoś jednak chciał spakować do plecaka (lub czytnika) jakąś wartościową książkę, to polecam:

Ostatnie dziecko lasu - to powinna być lektura obowiązkowa każdego rodzica, studenta pedagogiki i nauczyciela. Tym bardziej, że jesteśmy być może ostatnim lub przedostatnim pokoleniem, które poznało smak swobodnej zabawy na dworze. Przesłanie w wielkim myślowym skrócie brzmi: Nie chcesz wydawać na terapeutę? Zespół deficytu natury brzmi groźniej niż ADHD? Więc po prostu idź na spacer  i wygoń dziecko na dwór. Pozwól mu włazić na drzewa, grzebać w ziemi i podglądać mrówki i ślimaki. To zaprocentuje w przyszłości. Albo już teraz.



Głosy rewolucji żywnościowej - zbiór rozmów na temat współczesnej żywności, m.in. z Colinem Campbellem (tym od słynnego China Study). O tym, jak zmieniło się podejście do odżywiania i jak lobby mięsno-nabialowe manipuluje opinią publiczną (Pij mleko-będziesz wielki) i zmienia nasze nawyki żywieniowe. O tym, dlaczego GMO jest nie teges i o tym, jak przetworzona żywność fatalnie wpływa na nasze zdrowie. Co ciekawsze interlokutorzy to najczęściej osoby, które wyrastały na tradycyjnych farmach, w kulcie mięsa i nabiału (jeden z autorów jest synem magnata lodów śmietankowych w Ameryce). Warto przeczytać, bo chyba prościej niektórych kwestii wytłumaczyć się nie da.



Zjadanie zwierząt - jeśli ktoś czytał Jeść przyzwoicie i mu się podobało, to Zjadanie zwierząt też mu się spodoba. Kto nie czytał pierwszej pozycji, tym bardziej powinien sięgnąć (choć prawdopodobnie lepiej zrobi sięgając po oryginał, bo tłumaczenie zawiera błędy). Bardzo mnie ciekawi, jak na takie książki reagują mięsożercy. Ja w gruncie rzeczy nie potrzebuję utwierdzenia się w niespożywaniu mięsa i produktów zwierzęcych. Czytam jednak, bo w obu tych książkach jest wiele faktów dotąd mi nieznanych. Czasem jest to bolesna lektura, a pytania pozostają bez łatwych odpowiedzi, więc naprawdę mnie interesuje, czy osoby jedzące tradycyjnie też uwiera jej czytanie. Czy książka jest w stanie zmienić czyjeś podejście do zjadania zwierząt?



A, nie przepraszam, przeczytałam jednak dwie powieści, i to z mało znanego nurtu eko science-fiction :-) Zatopione miasto i Grabieżcy wody to książki dla młodzieży (10-14 lat), choć trudno mi ocenić, czy młodzież rzeczywiście uznałaby lekturę za wciągającą. Sam koncept podróży w czasie i zobaczenia dwóch wariantów przyszłości Ziemi w roku 2065 jest może nienowy, ale podany w zjadliwy sposób. W pierwszym przypadku bohater książki znajduje swoje rodzinne miasteczko zalane wodą (ocieplenie klimatu i liczne tsunami spowodowały podniesienie się poziomu morza), w drugim tomie woda pitna stała się towarem cenniejszym niż złoto. Dodatkowo mamy wątek romantyczny, sensacyjny, no i dyskretne wtręty ekologiczne. Czyta się szybko i zmusza do refleksji, czy rzeczywiście mamy wpływ, na to, jak będzie wyglądała przyszłość Ziemi. Minus przyznaję za pewną niechlujność edytorską (dopatrzyłam się trzech literówek).





28 cze 2014

Jedną zapałką

Jest kilka sprawdzonych sposobów na rozpalenie ogniska jedną zapałką. Ale czasem bez wspomagania ani rusz, a wtedy przydać się może...
Rozpałka z wucerolki

z szyszek i wosku:

z korków nasączonych alkoholem:

z wacików kosmetycznych polanych woskiem:

Wszystkie pomysły znalazłam na Pinterest (wyszukując 'fire starter') :-)



24 cze 2014

Wycinanki cz.2

Były takie wycinanki-lampy, a dziś będą wycinanki-obrazy autorstwa Daniela Mar.
Patrzcie i podziwiajcie:

Reprodukcje można kupić na Etsy, i to całkiem tanio :-)

20 cze 2014

Piłka jest okrągła

Czy rzeczywiście 10 000 piłek może zbawić świat?
Osobiście wątpię, ale to ja: 


Jednak niewątpliwie piłka to jedna z najdoskonalszych zabawek, a dla wielu to coś więcej niż zabawa (o czym świadczy podlinkowany powyżej projekt This is not a ball Vica Muniza - tego od filmu Śmietnisko).

Projekt fotograficzny Jessiki Hilltout pokazuje nietypowe piłki, bo zrobione ze śmieci...Przejmująca to kolekcja.

Jak się okazuje piłki z foliówek, szmat i sznurka to codzienny element afrykańskiego krajobrazu.
Np. takie z Zambii (z bloga Pikinini)



 Ale akcja sprzed 4 lat (przy okazji ubiegłego Mundialu) znanej korpo Johnson&Johnson dość mnie zniesmaczyła. Otóż J&J został sponsorem Barefootball w krajach Południowej Afryki. Hasłem przewodnim było: ty też możesz zostać gwiazdą bosonogi!
Sponsoring brzmi szumnie, ale co podarowali? Odpady.
Śmieci do wyrobu właśnie takich piłek:


Pass It On from The New York Times - Video on Vimeo.


Żałosne. Nic dziwnego, że firma jakoś nie chlubi się tym na swojej stronie (a strona akcji www.barefootball.com została skasowana).
Sensowniejsze wydają się być programy takie jak Peace Passer, One World Football, czy HOPE is game-changer Project, promujące grę w piłkę nożną przez dystrybucję prawdziwych piłek.Oczywiście można się włączyć. 



18 cze 2014

Skąd się bierze woda sodowa

Jakiś czas temu Stiopa zasugerował, że mogłabym napisać o syfonie SodaStream, to piszę :-)

O ile pamiętacie (choćby jak przez mgłę) czasy PRLu, to kojarzycie pewnie pękate błyszczące syfony do robienia wody sodowej.

Po iluś tam latach syfony powróciły w nowoczesnym wydaniu firmy SodaStream. A że mam taki jeden w swoim domu, to powiem, co o nim myślę.
Jest to zmyślne i proste w obsłudze urządzenie do domowego wyrobu wody gazowanej. Jest także drogie - ceny w zależności od modelu od 240zł. Nabój wystarczył mi na rok użytkowania (z częstotliwością 2-3 razy w tygodniu, czyli ok. 150l wody rocznie). I wszystko byłoby dobrze, ale...
Firma promuje się na strasznie eko. Chlubi się tym, że używając SodaStream, oszczędzamy światu 2000 jednorazowych butelek rocznie (co się ma nijak do moich obserwacji - 100 butelek rocznie). Aby rzeczywiście jeden syfon zastąpił 2000 butelek PET, to trzeba by ich było gazować 3 każdego dnia i nie kupować w międzyczasie żadnych napojów na mieście. No ok - może podczas upalnego lata w licznej rodzinie, ale nie przez cały rok...W dodatku przy takiej częstotliwości bąbelkowania wody nabój trzeba by było wymienić co najmniej 5 razy (a one są drogie -ok. 100zł i mają słabą sieć wymiany i dystrybucji). Może więc oszczędzamy (jednak niewiele) plastikowych odpadów środowisku, ale finansowo raczej nie zyskamy. Ponadto jeśli marzysz o smakowych napojach gazowanych, to owszem, producent zachęca do kupowania syropów o różnych smakach (z czego jedynie ten smaku coli zasługuję na uwagę, bo rzeczywiście colę przypomina). Ale syropy te również są drogie i stosunkowo mało wydajne (1 opakowanie starcza na 12 litrów napoju), więc na duże oszczędności nie liczcie.
No, i jeszcze kwestia produkcji samych urządzeń. Za nadużycie uważam hasło 'Przemysł napojów pozostaje wierny staremu modelowi biznesowemu i cały czas wytwarza oraz transportuje 629 miliardów butelek i puszek rocznie. W SodaStream nie dostarczamy wody, nie dostarczamy puszek, dostarczamy po prostu bąbelki.'
Guzik prawda - Soda Stream dostarcza jeszcze plastikowe i stalowe urządzenia i butelki, naboje napełnione CO2 oraz całą gamę syropów (również w plastikowych butelkach i z niekoniecznie przyjaznym dla zdrowia składem). A to wszystko w 20 fabrykach na świecie i nigdzie nie znajdziemy informacji, jaki jest przybliżony choćby ślad węglowy dla jednej fabryki.
Podsumowując:
Czy uważam, że to fajny produkt?
Tak, jest to dobry gadżet (zwłaszcza na lato) i jeśli ktoś lubi wodę gazowaną i ma na zbyciu 250zł, to czemu nie zaszaleć (jednak nie licząc na to, że inwestycja szybko się zwróci, bo jeszcze trzeba kupować naboje i ewentualnie syropy).
Czy uważam ten produkt za ekologiczny?
Nie, niezbyt. A już promocję mają iście greenwashingową (sama się na początku na nią nabrałam).

Swoją drogą marzy mi się powrót saturatorów na ulice miast. To był klimat, to był biznes. Dwa kolory syropów, szklaneczki z grubo rżniętego szkła, woda z podwójnym sokiem, pianka, bakterie :-)

Jak się okazuje nie tylko mnie chwytają PRLowskie tęsknoty. Chłopaki ze Szczecina wymyślili saturower!


Jeśli działają i w tym sezonie, to pozdrawiam ;-)

17 cze 2014

Dziś już nikt nie szyje butów

Jak nie komputer, to buty... Buty ulubione mi się rozwaliły, pękły podeszwy, pan szewc po sąsiedzku powiedział, że zakleić się nie da, wymienić się nie da, klops.
Przeszukałam już większość stron z wegańskim obuwiem - nie ma takich, jak chcę. Bo większość nieskórzanych butów to wariacje na temat trampek lub sandałów, ewentualnie glanów, a ja potrzebuję półbuty na sezon jesienno-wiosenny, do spodni i spódnicy zarazem.
Coś w tym stylu, ale bardziej odporne na wilgoć, byłyby świetne:


Postanowiłam więc znaleźć szewca, który mi uszyje buty na wzór tych rozwalonych. Myślicie, że to proste? A gdzie tam, to już łatwiej Mariankę obudzić rano do przedszkola...
Rzemiosło nie umarło jeszcze, o czym świadczy serwis  TwójSzewc.net.pl, ale większość z punktów szewskich oferuje jedynie naprawy obuwia. Jeden szyjący buty szewc ogłasza się w Warszawie, drugi w Poznaniu, trzeciego nie znalazłam. Więc ktokolwiek słyszał, ktokolwiek wie - proszę o info.
Chyba, ze spróbuję jeszcze u szewca wysyłkowego, bo widzę że podjął się kiedyś przeróbki skórzanych butów na nieskórzane :-)

13 cze 2014

Gdzie zjeść wegańsko w Pradze?

Naprawdę chciałabym napisać długi post o tym, gdzie można wegańsko zjeść w Opolu, ale no cóż, jakby to ująć... Wygląda na to, że Opole jest jedynym miastem wojewódzkim, w którym nie ma ani jednej wege knajpy, o wegan nie wspominając. Ale.
Zbliżają się wakacje, a Praga jest blisko :-) Wege-wyżywienie w Pradze to żaden problem, a i weganie nie będą chodzić głodni. Poniższa lista jest subiektywna i przetestowana na żywym organizmie :-)

Wersja ekonomiczna: u Chińczyka (a raczej Wietnamczyka) - barów i restauracji "chińskich" z charakterystycznym wystrojem (czerwone lampiony i fotomenu z numerkami wywieszone na froncie) jest w Pradze mnóstwo. A w każdym z nich za 69 koron (no dobra, w ścisłym centrum za 89) można zamówić ryż lub makaron z warzywami w sosie sojowym. Większość tych barów oferuje też warzywa z tofu. Porcje są duże, wręcz nie do przejedzenia, czeka się krótko, warto spróbować :-) Przeciętny "chińczyk" (Čínské bistro) wygląda tak:


Restauracje/bary z kuchnią indyjską - oprócz kultowej nie tylko wśród krisznowców Govindy (czynna tylko w dni robocze do 17.00 bodajże, od 16.30 są happy hours, czyli zniżka na całe menu), gdzie codziennie jest inny zestaw (małe lub duże menu) w stylu indyjskiego thali (czyli ryż/sabdżi/zupa/surówka/chutney) i za ok. 100 koron można się najeść do syta, są jeszcze inne bary, gdzie może jest trochę drożej, ale równie smacznie (choć o wegańskość poszczególnych potraw trzeba dopytać). Lubię bardzo chadzać do Beas Dhaba - krok od rynku (ul. Tynska 19, w bramie). Na ich stronie widzę, że też już mają całą sieć w Pradze, i codziennie godzinę przed zamknięciem jest zniżka 50% na wszystko - dobrze jest więc zawitać tam na kolację :-)

Sieć Loving Hut - w Pradze mają już 7 lokalizacji, ostatnio jadłam w Loving Hut pod Wyszehradem (Neklanova 30, Praha 2). Danie (tajskie curry z takimi kuleczkami, co smakowały jak ryba) kosztowało 124 korony - dużo i smacznie, trochę pikantnie. Mieli jeszcze fantastycznie wyglądające desery (ciasta głównie), ale nie wcisnęłabym w siebie już ani kęsa, więc może następnym razem spróbuję :-) Uwaga - w niedziele nieczynne.

Plevel (czyli po polsku chwast) to stosunkowo nowa wegańska restauracja na Pradze 4 (kawałek od Namesti Miru). Warto sobie wcześniej wyguglać lokalizację, bo za pierwszym razem trudno trafić. W menu mają wegańskie i surowe dania (np. spagetti z cukinii), kilka takich udających tradycyjne (knedliki z polędwicą z seitanu), burgery, sałatki. Porcje spore, ceny dań głównych - od 150 koron wzwyż. Na fanpejdżu można zerknąć na fotki.

Lehka hlava - blisko Rynku i mostu Karola, ukryta w małej uliczce, ładna restauracja. Codziennie od 11.30 danie dnia kosztuje 115 koron (dobra cena jak na centrum miasta), ale często nie ma miejsc, lepiej więc zrobić rezerwację. Zdjęcia Natalki.

9 cze 2014

Poidełka, wodopoje


Coraz częściej można spotkać w miastach publiczne poidełka (i w szkołach też).
Warto pomyśleć też o zwierzakach, bo nie tylko nam chce się pić.
Poniżej kilka przykładów wodopojów, które może zrobić każdy i postawić przed domem, w ogrodzie, na balkonie:

1. PET automatic dla ptaków:

2. Miska z wodą dla psów:


3. Poidełko dla pszczół
 
i jeszcze kamienne:



5 cze 2014

Ach co to będzie za weekend

Jutro opuszczam Opole ogarnięte stetryczałą atmosferą festiwalu polskiej piosenki i wybieram się do Krakowa na III Zjazd Kooperatyw. Szykuje się dużo spotkań i rozmów z tzw. ciekawymi ludźmi. Niektórych znam już osobiście, niektórych wirtualnie, niektórych pewnie dopiero poznam :-) Będą też warsztaty i spotkania dla ludzi z kooperatyw zainteresowanych RWSem, czyli Rolnictwem Wspieranym Społecznie, permakulturą, przyszłością kooperatyw, formami działania i wszelkimi tematami pochodnymi. W niedzielę ma być piękna pogoda i piknik, a podczas niego targ lokalnych produktów i kolejna dawka wykładów i warsztatów (szykuję się zwłaszcza na crowdfunding z założycielami serwisu PolakPotrafi i warsztaty Akademii Bosej Stopy, Wymiennika i Sieci Sensownego Biznesu).


Poza zjazdem czeka mnie jeszcze spotkanie z joginką śmiechu, być może nocleg w Młynie Zabierzów i posiłek w którejś z licznych w Krakowie wegańskich jadłodajni (może nawet pizza z wegańskim serem?) :-)
I jak tu się nie cieszyć?

1 cze 2014

Huśtawki na przystankach, czyli Urban Swing Movement

Muszę się do czegoś przyznać. W piątek złożyłam wniosek obywatelski. O zamontowanie na przystankach autobusowych huśtawek. O takich:


 Ta na zdjęciu wisiała w Londynie w roku 2008 w ramach tymczasowej instalacji Bruno Taylora "Playful Spaces".
Bo kto powiedział, że miasto ma być poważne? Dorośli też chcą się czasem pohuśtać...
O czym świadczy rosnąca popularność ruchu Urban Swing. Pomysł inspiruje ludzi na całym świecie, np.  miejskich hacktywistów w Moskwie: (Źródło)

Jest jeszcze Red Swing Project dla osób, które chciałyby anonimowo zainstalować czerwoną huśtawkę w miejscu publicznym. Dotychczas zawisło ich 153 na całym świecie. W Polsce wciąż nie ma żadnej, ale każdy może dołączyć i zawiesić swoją, choćby pod mostem :-)Na podlinkowanej stronie jest też instrukcja.
Co prawda strona projektu nie jest aktualizowana od kilku lat, a fanpage od ponad roku, ale warto reaktywować pomysł.
A jeśli nie huśtawki, to może hamaki (jak w Kopenhadze)?

Inne pomysły znajdziecie w zestawieniu Swinging in the City (a jest tego naprawdę sporo).

Ciekawa jestem, czy pomysł ten "przejdzie" w budżecie obywatelskim miasta Opola, którego pierwsza edycja właśnie trwa. W każdym razie wymaganych 20 podpisów poparcia dla wniosku znalazło się migiem.
Jeśli się uda i powstanie choć jedna huśtawka na przystanku, to za rok złożę wniosek o miejską zjeżdżalnię na dworcu. A co!