Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słownik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słownik. Pokaż wszystkie posty

4 kwi 2017

Mikrowyprawy #1 (albo Ach. co to był za weekend #8)

Termin mikrowyprawy wprowadził do polszczyzny  Łukasz Długowski ze swoją książką "Mikrowyprawy w wielkim mieście".


Inspirował się określeniem microadventure ukutym przez Alastair Humphreys'a.

Mikrowyprawy to krótkie wypady, które pozwalają nam poczuć ducha przygody, wolności i niezwykłości, który zazwyczaj towarzyszy "prawdziwym" podróżnikom.
Mi bardziej pasuje termin wagary, a z kolei Czesi znają mikrowyprawy pod swojskim pojęciem "wycieczka/výlet". Śmiem zaryzykować stwierdzenie, że Czesi są mistrzami wycieczek i ta tradycja - jednodniowych lub dłuższych wypadów w najbliższe okolice, żeby odkryć nieznane sobie jeszcze jeziorko, wejść na jakąś górkę, rozpalić ognisko, no i wypić piwo - jest u nich dobrze ugruntowana.

 (fotka archiwalna z czeskiej Szumawy, gdzie swego czasu przeżywaliśmy microadventure with magic mushrooms)

Wg Alistair Humphreys'a mikrowyprawą może być na przykład przejażdżka nieznanym autobusem na pętlę końcową :-) Albo spanie pod gwiazdami. Alba jazda stopem.
Łukasz Długowski proponuje spływ rzeczki dziecięcym pontonem, pobujanie się w hamaku nad Wisłą, czy choćby pójście do pracy inną drogą niż zawsze.
Ja z kolei polecam spacer roślinny, który może być wspaniałą mikroprzygodą, jak okazało się w zaprzeszły weekend (pierwszy prawdziwie wiosenny). Spacer organizowała Ola i Arek i dzięki im za to, bo bushcraft, survival i poszukiwanie roślin nie są im obce :-)
Elementy mikroprzygody (czas trwania ok. 5 godzin):
- przejażdżka autobusem na pętlę Turawa Park
- przejście za obwodnicę z grupką częściowo nieznajomych ludzi
- zbieranie ziół na łące i w lesie (czy wiecie, że listki dziurawca mają taki mikroskopijne dziurki, które widać tylko pod słońce?)
- biwak, czyli ognisko (rozpalane krzesiwem), herbata z fermentowanych i świeżych liści poziomek, kawa żołędziowa, podpłomyki z mąki żołędziowej i pszennej, sałatka z czosnaczka, szczawiu, przytulii, krwawnika, pokrzywy i kilku innych ziółek.
- powrót również autobusem
- koszt mikrowyprawy - 5,20zł (2x bilet MZK)+ zrzutka "co łaska" dla prowadzących


Zdjęcia: najlepsza Natalka


To się nazywa szczęście w pobliżu miasta. Zdecydowanie do powtórki.


15 lis 2016

Zero Waste Polska

Od jakiegoś czasu przypatruję się dyskusjom na fejsbukowej grupie Zero Waste Polska. Ruch zerośmieciowców rośnie i niedługo w Warszawie odbędzie się wydarzenie, na które wiele osób od dawna czekało, czyli spotkanie z Beą Johnson - guru filozofii zero-waste. To ta pani, której przez cały rok życia udało się "wyprodukować" zaledwie jeden słoik śmieci.



Można się z osób zafascynowanych ideą zero waste śmiać, można ich ignorować, ale w tym szaleństwie jest metoda (a przynajmniej wiara w to, że indywidualne działania pozwolą zmienić świat - najwidocznie nie czytali jeszcze artykułu "Ułuda krótkiego prysznica").
Po czym poznać takich ludzi? Na zakupy udają się nie tylko z własnymi torbami płóciennymi, ale także ze swoimi foliówkami, słoikami czy pojemnikami. Wybierają produkty "luzem", na wagę, bez zbędnych opakowań (a jeśli już opakowanie, to szklane lub papierowe). Sami robią w domu kosmetyki (od mydła i szamponu przez pastę do zębów) i środki czystości. Drugie śniadania pakują we własne lunchboxy, nie zamawiają jedzenia na wynos (a jeśli zamawiają, to do własnych pojemników/słoików), resztki organiczne kompostują. Przy niemowlaku używają pieluch wielorazowych, przy starszakach robią zabawki ze śmieci i notorycznie gromadzą zakładki w folderze "upcykling". Generalnie robią to co ja, ale radykalniej :-P


zdjęcie Zero Waste Kit z bloga Zero Waste Nerd



Już dosyć dawno stwierdziłam, że idea zero waste, choć piękna, ma swoje minusy. I nie chodzi tylko o bycie niezrozumianym przez większość społeczeństwa - do tego się przyzwyczaiłam :-) Poniżej wypunktowałam kilka argumentów przeciwko ślepemu podążaniu drogą zero waste:

  • bez zmian systemowych (np. ogólnopolski zakaz sprzedaży torebek foliowych i naczyń jednorazowych, podatek opakowaniowy dla producentów, wprowadzenie systemu automatów do butelek zwrotnych i puszek w sklepach, poidełka z kranówką w szkołach, urzędach i innych instytucjach publicznych) takie jednostkowe akty oporu nie będą mieć większego sensu (a to prosta droga do frustracji i depresji, i w ogóle do porzucenia tzw. "ekologicznego stylu życia"). Znów wrócę do Ułudy krótkiego prysznica i przytoczonych tam danych "W roku 2005 produkcja odpadów komunalnych na głowę (czyli wszystkiego, co wyrzucamy do kosza) wyniosła w Stanach 750 kg. Umówmy się, że jesteście zagorzałymi aktywistami i zwolennikami prostego stylu życia i liczbę tę redukujecie do zera. Poddajecie recyklingowi wszystko, co się da. Zakupy pakujecie do toreb wielokrotnego użytku. Oddajecie do naprawy zepsute tostery. Palce wystają wam ze starych tenisówek. Ale to nie wszystko. Jako że do odpadów komunalnych wliczają się też odpady biurowe, udajecie się do biur i firm z broszurami na temat recyklingu i przekonujecie ich do takiego zmniejszenia ilości śmieci, by wasz udział w komunalnej produkcji odpadów spadł całkowicie. Cóż, mam dla was złe nowiny. Odpady komunalne stanowią tylko 3% całej produkcji śmieci w Stanach Zjednoczonych."


  • bycie zero waste może powodować większą emisję CO2 związaną z transportem, czyli w efekcie wcale nie być lepsze dla środowiska. Przykłady? Wyobraźcie sobie, że w waszym mieście jest jeden jedyny sklep, który sprzedaje kosmetyki bez opakowania. Czy jadąc do niego 15km w jedną stronę i 15km w drugą, żeby kupić 1l szamponu do własnej butelki jest korzystniejsze dla naszej planety niż kupienie go w sklepie osiedlowym w standardowym plastikowym opakowaniu? Śmiem wątpić. Więcej emisji CO2 spowoduje transport niż dodatkowe plastikowe opakowanie (które można przecież oddać do recyklingu). Niektórzy wybierają metodę DIY, ale... kupienie składników potrzebnych do szamponu, oczywiście przez internet, to także koszty środowiskowe związane z transportem+ opakowaniami (każdego składnika oddzielnie i przesyłki pocztowej). Być może, jeśli robi się takie kosmetyki w ilościach hurtowych, to te emisje się jakoś równoważą, ale czy to jest naprawdę zero waste?


  • życie w stylu zero waste to niekończące się dylematy - kiedy na wycieczce latem skończy nam się kranówka w naszej wielorazowej butelce, to nie kupimy w kiosku wody butelkowanej, tylko będziemy krążyć po okolicy szukając źródła wody pitnej? Ile kilometrów wytrzymamy? Albo nie kupimy ulubionych wegańskich ciasteczek na piknik, bo są opakowane w folię aluminiową, a zamiast tego spędzimy pół dnia przy piekarniku (choć tak naprawdę nienawidzimy piec, a wcześniej musieliśmy specjalnie iść do sklepu, żeby kupić mąkę, mleko sojowe, kakao i syrop klonowy - wszystko oczywiście w oddzielnych opakowaniach)? Albo rozkminka: wybrać ziemniaki luzem nieznanego pochodzenia w osiedlowym markecie, czy te z certyfikatem "bio" z kooperatywy (ale trzeba po nie podjechać do rolnika na wieś. Samochodem)? I tak dalej, i tak dalej. Co lepsze dla naszego zdrowia psychicznego - konsekwentne trzymanie się obranego kierunku czy uleganie zachciankom i kompromisy?


  • maniakalne skupianie się na idei nieprodukowania śmieci generuje kryzysy towarzysko-społeczne (nawet bardziej niż bycie na diecie wegańskiej), a nawet małżeńskie (pamiętacie filmy Recepta na klęskę i No Impact Man?) i pochłania dużo energii i czasu. Nie jesteśmy samotnymi wyspami, tylko częściami czułych ekosystemów społecznych. I to, że my jesteśmy gotowe/i na życie zero waste nie oznacza wcale, że nasi partnerzy, dzieci, znajomi czy współpracownicy są na to gotowi. Gdzieś trzeba znaleźć złoty środek.

  • upcykling, choć uroczy, ma znikomy wpływ na rzeczywiste zmniejszenie ilości odpadów. Poza tym do większości upcyklingowych prac potrzebne są dodatkowe narzędzia, miateriały i surowce, chociażby klej czy farby. Trudno uwierzyć, że nasza Ziemia oddycha z ulgą, kiedy np. z butelki plastikowej wycinamy kwiaty, malujemy je farbą akrylową i wieszamy w przstrzeni publicznej jako ekologiczną instalację. No cóż - nie miejmy złudzeń. Przecież taka instalacja nawet nie może być poddana recyklingowi (w przeciwieństwie do niepomalowanej butelki), więc oczywiście nie zaszkodzi się pobawić, ale trudno to nazwać działaniem "proekologicznym".

(zdjęcie pochodzi z warsztatów o znamiennej nazwie Eko-Art podczas Ulicy Kultury w Opolu w 2011. Z plastikowych butelek powstała plastikowa dżungla. Źródło)


Czy to oznacza, że wysiłki adeptów zero waste, aby uzyskać jeden słoik śmieci rocznie są pozbawione sensu? Ależ nie. Bardzo dobrze, że są tacy ludzie na świecie, jeśli dają przykład innym i są w stanie dotrzeć z ideą także do przedsiębiorców, producentów i polityków, a tego nam trzeba. Myślę jednak, że cały koncept ma sens jedynie na większą skalę, np. kiedy przeradza się w gospodarkę o obiegu zamkniętym/Cicular Economy. Na poziomie indywidualnym to wciąż są tylko ćwiczenia ze świadomej konsumpcji. Bardzo ważne, ale zdając sobie sprawę z innych priorytetów (np. żeby chronić drzewa przed wycinką, nasze płuca przed smogiem, zwierzęta hodowlane przed cierpieniem na fermach), to dla mnie wciąż działania zastępcze. Zrezygnowałam więc z wyrzutów sumienia, kiedy wyrzucam do kosza (oczywiście do recyklingu) opakowania plastikowe czy Tetrapaki. Nie rozdzieram szat, kiedy zdarzy mi się w sklepie wziąć foliówkę albo kiedy Dziecko kupuje sobie kolejną gazetkę z plastikowym badziewkiem. Już się nie jaram upcyklingiem :-) Energię ładuję w inne tematy (btw - dziękuję wszystkim za głosy w Społeczniku - projekt Kręgi Kobiet przeszedł do drugiego etapu, teraz pozostaje trzymać kciuki za decyzję jury!).

www.bezero.org

Gdyby ktoś jednak chciał poczytać po polsku, jak zero waste sprawdza się w praktyce, to jest kilka blogerek, które od kilku(nastu) miesięcy dzielnie relacjonują swoje poczynania:
Kornelia Orwat i wątek Odśmiecownia
Ograniczam się i #zero waste
madou.pl i #zmniejsz śmiecia
ekoeksperymenty.blogspot.com
Less Waste
Łodyżka, #Zero Waste Lifestyle - kilka wpisów o kosmetykach DIY

Pozdrawiam!

29 paź 2016

Kąciki Rzeczy Używanych

Graciarnie, rupieciarnie, sklepy charytatywne, thrift shopy, freeshopy, giveboxy, półki uwalniania książek (bookcrossing), jadłodzielnie (foodsharing) - wszystkie te inicjatywy łączy idea dawania drugiego życia używanym rzeczom, puszczanie ich w dalszy obieg, freecykling.

(freeshop w Pradze)

Chociaż przy śmietnikach widzę coraz więcej gabarytów, a na cyklicznie organizowanych wymiankach stoły uginają się pod ciężarem ciuchów, to w Polsce wciąż brakuje wspomnianych wyżej punktów do oddawania rzeczy, których już nie potrzebujemy, a chcemy żeby trafiły do potrzebujących. A grzebanie przy śmietnikach jest takie niekomfortowe (choć i tak to robię :-) )
Sklepów charytatywnych jestw naszym kraju zaledwie kilka, na szczęście jeden w Opolu





Givebox (zwany Jeżycką Szafą) działał przez chwilę w Poznaniu, a jadłodzielnie (czyli regały lub lodówki na jedzenie) póki co znajdują się w Warszawie, Krakowie i Toruniu.




Niestety spontanicznie powstającym punktom typu Givebox, czy otwartym biblioteczkom/miejskim regałom książkowym służącym do boocrossingu, grozi dewastacja lub w najlepszym razie brak zainteresowania, bo wciąż jako społeczeństwo nie dbamy o to, co jest wspólne i za darmo... Zastanawiam się, czy gdyby w przestrzeni publicznej umieścić takie instalacje jak GRATIS od Narcelio Grud (opisaną ładnie przez Ogród w centrum), to jak długo pozostałyby niezniszczone. Czy byłyby kilkudniową efemeryczną akcją, czy też stałym wzbogaceniem społeczności?



Na pewno dużo lepiej się mają punkty zaopiekowane (pod pieczą instytucji lub osób prywatnych). Myślę konkretnie o nielicznych kącikach rzeczy używanych, działających przy PSZOKach (czyli Punktach Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych), o czym dowiedziałam się przypadkowo z Facebooka.
Np. w Stalowej Woli od kilku miesięcy działa taka rupieciarnia, gdzie można zostawić lub wziąć sobie za darmo używane meble lub sprzęt AGD oraz inne przedmioty o większych gabarytach. Mało tego - "Nasi pracownicy "przemierzają" miasto w poszukiwaniu niechcianych i nielubianych sprzętów i urządzeń, które mogą jeszcze posłużyć innym. W tej chwili od zaraz do wzięcia są 4 krzesła, dwa telewizory, pralka, monitor i mini lodówka. Jest też dość nietypowy sprzęt fryzjerski. Zapraszamy do bezgotówkowej wymiany międzysąsiedzkiej. Takie rzeczy tylko w MZK :-)
Czekamy na Was w Rupieciarni 2, przy ul. COP 38, tel: 15 642 62 36" - można przeczytać na fp Miejskiego Zakładu Komunalnego w Stalowej Woli.  


"Zasady funkcjonowania Kącika Rzeczy Używanych są bardzo proste: zdający bezpłatnie oddaje przedmioty, a nabywca zabiera je za darmo, wypełniając jedynie dokument nieodpłatnego nabycia. Jeśli przedmiot nie znajdzie nabywcy w ciągu trzech miesięcy, trafia do strefy odpadów i jest właściwie zagospodarowany." Serce roście.



W Europie takich punktów, wspieranych przez system, jest dużo więcej. W niektórych wystawione przedmioty można przygarnąć za darmo, w innych płaci się jakieś małe pieniądze. Jest nawet na ten temat taka ładna prezentacja, gdyby ktoś się bardziej tematem zainteresował i próbował go sprzedać lokalnym urzędom. Ja w tym roku podjęłam próbę i zgłosiłam projekt utworzenia kącika przy PSZOKu do Budżetu Obywatelskiego Opola, ale wyników jeszcze nie ma... Pożyjemy, zobaczymy :-)


7 cze 2016

Allemansrätten, czyli ważne są słowa, których jeszcze nie znamy

Najbardziej ze wszystkich słów nieprzetłumaczalnych lub takich, dla których nie mamy jednego określenia i możemy je wyrazić tylko opisowo, podoba mi się skandynawskie allemansrätten - "(szw. prawo wszystkich ludzi) – niepisane prawo, obowiązujące w Norwegii (norw. Allemannsretten), Szwecji (szw. Allemansrätten) i Finlandii (fiń. Jokamiehenoikeus) mówiące, że każdy człowiek ma prawo do kontaktu z naturą. Wynika ono z przekonania, że człowiek jest integralną częścią przyrody, zaś cywilizacja ma z nią współistnieć, a nie rywalizować."

Po angielsku będzie to "freedom to roam", czyli prawo do korzystania z krajobrazu publicznego - dróg, lasów, jezior, prawo do "spania na dziko", zbierania grzybów, jagód i ziół, czy do włóczenia się po górach. Niby oczywiste, ale w konstytucji tego nie mamy...
A co powiecie na biofilię? Słowo rozpropagowane przez Bjork i jej album pod tym samym tytułem - oznacza miłość do życia biologicznego i wszelkich jego przejawów :-)


Natomiast w języku niemieckim mamy słówko Waldeinsamkeit, czyli uczucie samotności w lesie i połączenia z naturą. 


Z drzewami związane jest też japońskie słowo komorebi, które odnosi się do promieni słońca prześwitujących przez liście. 



 Źródło: www.huffingtonpost.com

Mamy też japońskie shinrin-yoku - chodzenie do lasu dla relaksu, "kąpiel leśna".


I jeszcze kilka słów z japońskiego, który jest po prostu studnią bez dna, jeśli chodzi o słówka nieprzetłumaczalne:
O boro - czyli sztuce cerowania (ale także "zniszczona i nieprzydatna rzecz" lub " podarte i połatane stare ubranie") już kiedyś pisałam
Z tej samej serii jest kintsukuroi - naprawianie złotem:


 Podoba mi się też „ikigai” - w luźnym tłumaczeniu – powód dla którego budzimy się rano: 

Wabi-sabi tez brzmi nieźle :-) Akceptacja niedoskonałości, piękno w tym, co nieperfekcyjne, odnajduję się w tym.




Lubię też geosminę i petrichor, czyli zapach deszczu:

a dla wszystkich kałużystów urocze islandzkie słówko hoppípolla - oznaczające skakanie w kałużach (jest również piosenka Sigur Ros pod tym samym tytułem):


 I już zupełnie na koniec - zagadka :-) Rozpoznajecie to słowo?

Przy okazji jest to dobry przykład, że trzeba miec dystans do informacji znajdowanych w necie ;-) Ale przynajmniej dowiedziałam się, że słowo wagary pochodzi z łaciny (vagari - włóczyć się, wędrować)

***
Gdyby ktoś jeszcze miał ochotę poeksplorować zbiory słów nieprzetłumaczalnych, to polecacam strony:
wordstuck.co.vu  - można dodać swoje propozycje, jest już kilka polskich :-)
uniquelang.peiyinglin.net/01untranslatable
wordables.com
Dictionary of obscure sorrows
mothertonguesblog.com/category/untranslatable-words
matadornetwork.com/life/35-untranslatable-words-describe-nuances-love
culturenlifestyle.com

25 lut 2016

Jesteś odpowiedzialny za wszystko, co kupujesz

Mało tego - jesteś odpowiedzialny/a za wszystko, co posiadasz. Także po tym, jak już coś wyrzucisz... Myśl ta zrodzila się we mnie po przeczytaniu "Magii sprzątania" Marie Kondo.


 Przeczytałam już jakiś czas temu i nie powiem - lektura ciekawa i dająca motywację do tzw. declutteringu (czyli odgruzowania przestrzeni), myśl przewodnia, aby "zostawić sobie jedynie te rzeczy, które sprawiają nam radość" - przekonująca, ale... [zawsze jest jakieś ale]
Marie Kondo nie radzi, aby rzeczy, które nie przeszły selekcji "sprawiania radości" oddać komuś innemu, przeznaczyć dla organizacji charytatywnej, czy choćby do recyklingu. Nie, ona twardo i bezkompromisowo mówi - wyrzuć. Bez żadnych skrupułów wyrzuć.
I na to ja się nie zgadzam, tu mi zgrzyta wewnętrznie i zewnętrznie. Bo co z tego, że w mieszkaniu czytelniczki "Magii sprzatania" zrobi się puściej i przestronniej? Za to na wysypisku śmieci przybędzie o kilka do kilkudziesięciu worków przedmiotów (bo one - czytelniczki - licytują się między sobą, ile worków udało im się dzięki lekturze wyrzucić), które spokojnie mogłyby sobie jeszcze pożyć, posłużyć i "dać radość" komuś innemu. Czy to przypadkiem nie jest prze-rzucanie problemu na kogoś innego?
Generalnie w naturze nie istnieje pojęcie "wyrzucania", bo to że jakaś rzecz zmieni miejsce pobytu (np. z naszej szafy do kosza na śmieci) nie oznacza, że znika zupełnie i wyparowuje z ekosystemu. No niestety. I nawet to, że wyślemy odpady do Afryki, nie sprawi że Ziemia się ich pozbędzie...

(Mr Hagan)

Śmieci to zdecydowanie ludzki wymysł, a od czasów wynalezienia plastiku i rzeczy jednorazowych, jest niestety coraz gorzej.


Dlatego sorry, Marie Kondo - popieram minimalizm i zasadę "sprawiania radości" i naprawdę cudnie jest mieć przestrzeń wokół siebie, ale za drzwiami naszych mieszkań też jest przestrzeń, o którą trzeba zadbać. Co by zrobiła ekspertka od sprzątania, gdyby jej zadaniem było zrobienie porządku na naszej planecie? Wysłałaby wszystko, co bezużyteczne w kosmos? I tak już ponoć jest zaśmiecony, więc raczej nie tędy droga...

Warto przypomnieć:

Może kiedyś więc napiszę poradnik pt. "Jesteś odpowiedzialny za wszystko, co kupujesz/posiadasz" (jeszcze się nie zdecydowałam, ale uwaga - zastrzegam sobie ten tytuł :-P ). Bo chodzi o świadomość zero waste (polecam bloga Odśmiecownia), projektowanie cradle-to-cradle (tu trochę po polsku) i tzw. precykling, o którym nie mówi się prawie wcale, bo wszyscy trąbią o recyklingu.



Tymczasem recykling jest przereklamowany, recykling nie wystarczy, recykling nie zawsze można zastosować i dużo lepiej jest uczyć dzieci i dorosłych o dwóch zasadach nadrzędnych wobec recyklingu, czy reduce i reuse.
Przede wszystkim ograniczajmy konsumpcjonizm, poza tym używajmy rzeczy trwałych i wielorazowych, a dopiero po trzecie - zadbajmy, aby odpady trafiły do recyklingu. Jeśli tak zrobimy, to wygraliśmy.



30 gru 2014

Boro art, czyli sztuka łatania

Japoński termin boro odkryłam dzięki autorce bloga "Stuff you can't have"
Za takie właśnie blogi lubię internet. Ale najpierw o boro.
Wyraz ten ma kilka znaczeń:
1. zniszczona i nieprzydatna rzecz
2. podarte i połatane stare ubranie
3. wykorzystanie starych tkanin/ patchwork materiałów, przy pomocy ściegu sashiko (taka jakby fastryga).

Efekt tego ostatniego punktu? Dla mnie piękny:


 Styl "łata na łacie plus fastryga" rezonuje z moim poczuciem estetyki i wspomnieniami z punkowych czasów :-)




Interesująco i wyczerpująco o boro napisała Joanna Furgalińska: www.furgaleria.pl. Tu też wzmianka o boro po polsku: www.matsumi.ownlog.com, a tu więcej przykładów: sweetpeapath.blogspot.com

To niesamowite, że niektóre z tych tkanin/ubrań mają ponad 100 lat! Okazuje się, że Japończycy po prostu wymyślili trashion, upcykling i repurposing.






A wracając do bloga, wspomnianego na początku wpisu, to jego autorka na swój sposób wykorzystuje boro, tworząc niekonwencjonalną sztukę.
Np. wyszywając chleb.





4 sie 2014

50 rzeczy, które trzeba zrobić za młodu

Czytam ja sobie od kilku tygodni "Ostatnie dziecko lasu" Richarda Louv, a idzie mi pomału, bo z każdą stroną napływają jakieś wspomnienia z dzieciństwa. Ogród na wsi u babci, zbieranie stonki z ziemniaków, spanie na sianie, polowanie na muchy z packą (z dzisiejszej perspektywy mało chwalebne), wycieczki w góry, wyprawy pod namiot, uciekanie przed burzą, turlanie się z górki...



I świadomość, że moje dziecko nie ma tylu okazji do przebywania na łonie i takich doświadczeń. Czas spędzany na dworze skurczył się żałośnie na korzyść domowych atrakcji, mediów i zabawek-gotowców.
Coraz więcej się mówi o deficycie przyrody, i dobrze że się mówi. I ze powstają filmy typu Play Again (który miałam okazję zobaczyć w całości z czeskimi napisami)  i może więcej ludzi uświadomi sobie, co utraciliśmy zyskując internet.



Wymiana realnej sieci ekosystemów na wirtualną rodzi problemy, o których na co dzień nie myślimy. A tymczasem natura może stać się lekiem na depresję, nerwice czy ADHD. Odkryto np., że bakterie żyjące w glebie wzmagają wydzielanie - hormonu szczęścia. M.in na tym polega horterapia, czyli grzebanie w ziemi :-)
Podobnie działają zwierzęta, i nie chodzi tylko o dogoterapię czy hipoterapię, bo właściciele kotów na pewno zaprotestują :->. Nie zapominajmy o relaksującym wpływie dźwięków natury (włączcie sobie szum wiatru lub morza)...
Smutne znaki naszych czasów - aplikacje na smartfony z odgłosami przyrody oraz spot promujący swobodną zabawę na dworze:




Więc zamyśliłam się nad listą 50 rzeczy do zrobienia zanim dorośniemy (50 things to do before you are 11 3/4). Czy ktoś zaliczył wszystkich 50? Ja doliczyłam się ok. 30, a część z nich doświadczyłam w wieku sporo ponad nastoletnim. Jest więc co robić, a lato się jeszcze nie skończyło :-)

3 sie 2014

Zapach miasta

Usiadłam dziś w końcu do zaległej prasówki. Tym razem padło na Wysokie Obcasy z 4 stycznia bieżącego roku. A tam, wśród kilku ciekawych artykułów, był także jeden zatytułowany "Zapach wielkiego miasta" o zapachowych mapach City Smell Scape tworzonych przez Sissel Tolaas - ekspertkę i kolekcjonerkę nietypowych woni.
Szkoda, że nie miałam nigdy okazji powąchać takiej mapy, bo sam pomysł podoba mi się bardzo. Skoro są mapy dźwiękowe, to czemu by nie zapachowe...



Np. indyjskie miasta pachną w szczególny sposób, choć trudno mi podać części składowe tej mieszanki. Pewnie znalazłyby się w nim spaliny, ścieki, kadzidełka, olej skwierczący w olbrzymich garach do smażenia samos i pakor...
Opole jeszcze 10 lat temu pachniało kawą Inką (zakłady Nutricii) - zwłaszcza przed zmianą pogody, teraz nie wiem, czy ma jakiś charakterystyczny zapach.
Osób, które tworzą zapachowe mapy jest więcej. Przy odrobinie szczęścia można natknąć się nawet na zapachową wystawę w muzeum.


A dzisiaj tęsknię za zapachem deszczu (ma swoją nazwę nawet - petrichor), na który składają się: ozon i geosmina (związek chemiczny wydzielany przez bakterie gnilne, odpowiedzialny za zapach ziemi po deszczu, smak buraków i zapach karpi).





Nie mam pojęcia, co w tym fakcie robi witamina B12, ale poza tym wszystko się zgadza :-)

 



30 kwi 2014

Chwastożercy

Gdyby ktoś pytał, jak spędziłam wczorajszy wieczór, to w tej oto pięknej koszulce (Asisko ♥) objadałam się chwastami na warsztacie Chwastopolanie.
Babka zwyczajna również jest jadalna :-) Surowe liście można dodawać do sałatek, zawierają witaminy K, A, C :-) A z suszonych można poczynić napar.
Podczas warsztatu zrobiliśmy chwastniki, w którym oprócz babki znalazło się jeszcze miejsce na pokrzywę, bluszczyk kurdybanek, jasnotę białą i purpurową, podagrycznik, czosnek dziwny, tasznik, mniszek, stokrotkę i koniczynę. Wszystkie można jeść!


Oprócz zielska w stanie surowym degustowaliśmy także chlebki z pokrzywą, kompocik z mniszka i kaszę jaglaną z podagrycznikiem.
Ania Rumińska, prowadząca warsztaty, opowiedziała pokrótce o etymologii słowa chwast i podawała różne ciekawostki z bylinami związane (np. że nazwa zupy barszcz pochodzi od tej roślinki).
Cytat ze strony Ani na temat kuli-kultury (czyli kultury kulinarnej):
"Cóż to bowiem są te chwasty? To rośliny lecznicze i bardzo cenne, część z nich jest jadalna, ale przez rolnictwo zostały uznane za gatunki niepożądane w uprawach lub hodowlach. Dla ludzi są źródłem mikro- i makroelementów oraz witamin, są smaczne i warte uwagi."
Dwie godziny warsztatu to mało, czuję niedosyt. I chęć na długi spacer po łące :-)
A tymczasem musi mi wystarczyć chwastnik i wpis do kartoteki odznaczonych:



Więcej o chwastach i warsztatach (na razie Wrocław i Opole, ale w planach są inne miasta) znajdziecie na fanpage'u Chwastożercy.

30 lip 2013

Training storms (burza za burzą)

Nie chciałabym dzisiaj spać w namiocie, oj nie. Burza jak się patrzy. Żywioł.

Jak się zachować w czasie burzy?
A tak.. Gdybym to była wiedziała 10 lat temu, to bym nie oberwała piorunem :-> To jest historia z gatunku do opowiadania w namiocie podczas burzy, więc tutaj nie będę jej zamieszczać... Było minęło, I'm fine, thank you :-)
A zatem z zasadami bezpieczeństwa warto się zapoznać, jak również ze zjawiskiem napięcia krokowego.
Zabezpieczeniem przeciwko napięciu krokowemu jest para butów o metalowych podeszwach, które są spięte dobrze przewodzącą metalową linką. Umożliwia to w miarę swobodne chodzenie, natomiast uniemożliwia powstanie różnicy potencjału pomiędzy obiema nogami (linka zwiera ewentualne napięcie). W przypadku, gdy przewód pod wysokim napięciem dotyka podłoża i zachodzi potrzeba ewakuacji, nie wolno chodzić zwykłym krokiem - należy złączyć stopy razem (tak aby zmniejszyć dystans pomiędzy nimi i możliwość powstania napięcia krokowego) i oddalić się od miejsca awarii poprzez wykonywanie skoków (przy złączonych nogach) lub też przeskakując z jednej nogi na drugą (pod warunkiem, że w żadnym momencie obie nogi nie będą dotykać podłoża razem).
 Nauka jest fascynująca, naprawdę. A więc pamiętajcie - uciekać przed piorunami skacząc obunóż :-)

Przy okazji polecam działania Polskich Łowców Burz. To "stowarzyszenie znane również pod nazwą Skywarn Polska. Zajmujemy się prognozowaniem i ostrzeganiem przed groźnymi zjawiskami meteo., gromadzeniem i redagowaniem wiedzy na ich temat (z naciskiem na burze)." I niesamowite zdjęcia na fb.


3 cze 2013

Hacker Mamuśki, czyli DIT (Do It Together)

OMG, OMG, zakochałam się! W nowej idei rzeczy jasna, a wszystko przez dzisiejszy webinar Cohabitatu, który dopiero co się zakończył. Jedną z prelegentek była dziś Camille Bosque - specjalistka od fablabów i hackerspace'ów :-)
Przez jej bloga trafiłam na stronę grupy HackerMoms i zakochałam się od pierwszego wejrzenia:


W końcu ten pierwiastek kobiecy, którego tak mi brakuje w tych wszystkich przedsięwzięciach związanych z naturalnym budownictwem i tworzeniem fablabów :-P
A tu proszę - baba też człowiek, hakować potrafi.
[hack - może oznaczać także "znaleźć sprytny sposób", "dawać radę", itp.]
Misja HackerMatek? 
"We give mothers of every gender the time and space to explore DIY craft and design, hacker/maker culture, community workshops, entrepreneurship and all manner of creative expression -- with on-site childcare. Our HackerSprouts program teaches children the creative process through educational childcare and STEAM-based workshops. HackerMoms creates families that build together."
Czyli wszystko to, co mamuśki mego pokroju lubią najbardziej - warsztaty, przeróbki, rękodzieło + opieka nad dziećmi i warsztaty dla nich...Do It Together.
A wszystko pod wezwaniem Hacker Bogini, czyli Hacker Madre :-)


PS. a przy okazji - wesprzyjcie groszem Cohabitat MAKE - to nie będą zmarnowane pieniądze!
HackerMatki też zaczynały rok temu od projektu na KickStarterze (platforma crowdfundingowa) :-)

6 maj 2012

Stać cię na mniej

No, i minęło 150 lat od śmierci transcendentalnego minimalisty Henry'ego Davida Thoreau... Niby sporo czasu, a jednak pomysł wdrażania "simple life" nie zginął...
 Trawimy życie na drobiazgach. Uczciwemu człowiekowi rzadko kiedy potrzebne jest do liczenia więcej niż dziesięć palców; w skrajnych przypadkach może jeszcze dodać dziesięć palców u nóg i resztę sobie darować. Prostota, prostota i jeszcze raz prostota!

Jeśli dopadła cię affluenza, lecz się! Sposobów jest wiele, nie trzeba od razu przenosić się do lasu. Stać cię na mniej :-)

14 paź 2011

Planowana obsolescencja...

...czyli po polsku planowane zużycie produktow, a po angielsku "planned obsolescence". Najprzystępniej ten termin wyjaśnia wpis na blogu Opowiem wam dziwną historię.
Chyba każdy, kto chociaż raz w życiu kupował pralkę czy zmywarkę zetknął się z wygłaszanymi cichcem opiniami, że "teraz, pani, to tak wszystko robią, żeby za 2 lata trzeba było kupić nowe". I coś w tym jest, chociaż (odpukać) moje domowe sprzęty mają na razie 5 i 4 lata i działają. Komórka też ma 5 lat i nie planuję wymiany. Ale drukarkę mam już trzecią z kolei... Więc choć producenci wytrwale zaprzeczają, to warto się zainteresować tematem.
Polecam uważnej lekturze stosowny artykuł na www.ekoistka.pl, żeby wiedzieć jak się przed tym zjawiskiem bronić...Kluczowe jest oczywiście słowo świadomość :-)

1 kwi 2011

Klikacie-pomagacie?

Dzisiaj do wpisu znów zainspirowała mnie Natalia, przysyłając swoją listę stron do klikania. Czyli wszelkie akcje typu Pajacyk, które część dochodu uzyskanego z reklam na stronie przeznaczają na cele charytatywne. Jak pisze Natalia "klikanie we wszystkie (otwórz wszystkie karty na raz) + zamknięcie zajmuje (liczone ze stoperem) 1 min 23 sek :) " A zatem:
http://wyklikajzywnosc.pl/
http://www.care2.com/click-to-donate/oceans/
http://www.thechildhealthsite.com/clickToGive/home.faces?siteId=5
http://www.thehungersite.com/clickToGive/home.faces?siteId=1
http://www.hungerfighters.com/Default.aspx
PustaMiska.pl - Akcja charytatywna dla zwierząt
http://www.porloschicos.com/
http://pajacyk.pl
http://www.theenvironmentsite.org/donate.php
http://www.habitat.pl/klikacz.php
http://cannecy.free.fr/iforest/en/
http://www.landcareniagara.com/
http://okruszek.org.pl/
http://www.care2.com/click-to-donate/wolves/
http://polskieserce.pl/
http://www.care2.com/click-to-donate/big-cats/
http://www.care2.com/click-to-donate/seals/
http://www.care2.com/click-to-donate/pets/
http://www.care2.com/click-to-donate/primates/
http://www.theanimalrescuesite.com/clickToGive/home.faces?siteId=3
http://www.therainforestsite.com/clickToGive/home.faces?siteId=4
http://www.diewaldseite.de/
http://www.care2.com/click-to-donate/rainforest/
http://www.care2.com/click-to-donate/children/
http://www.theliteracysite.com/clickToGive/home.faces?siteId=6
 
Miłego kliktywizmu

20 sie 2010

Razem, czyli eko

Ostatnimi czasy popularne staje się wspólne dzielenie biura, czy też przestrzeni do pracy (tzw. coworking space) - takie biura dla freelancerów powstają w wielu miastach. Pisałam już także o wspólnym podróżowaniu samochodem, czyli carpoolingu. Ale czy słyszeliście o wspólnym użytkowaniu samochodów, czyli zjawisku zwanym car sharing? To system, który sprawdza się w Niemczech, a eksperymentalnie wprowadza się go w innych krajach, m.in. w Czechach. Polega na tym, że jeden samochód ma kilku użytkowników - wspólnie dzielą się oni kosztami utrzymania, paliwa, napraw. Opłata miesięczna zależy także od czasu korzystania z samochodu i ilości przejechanych kilometrów. Kluczyki oddaje się do specjalnych sejfów na stacjach carsharingu. Brzmi to trochę jak science-fiction, ale o dziwo ten system zdaje egzamin wśród tzw. niedzielnych kierowców, przynajmniej w zdyscyplinowanym niemieckim społeczeństwie :-)

10 sie 2010

Biuro rzeczy znalezionych

W każdym domu znajdzie się jakiś widelec z wyłamanymi zębami, skarpetka bez pary, pamiątkowa muszla znad morza lub Maryjka z Lichenia. Można spróbować je jakoś połączyć, bo kto powiedział, że kolaż to musi być tylko z papieru? Takie kompozycje przestrzenne mają nawet swoją fachową nazwę - asamblaż. Na zdjęciach poniżej kilka inspiracji :-)
1. Jerry Jackson -Journey of Sheradon's Wife, 1998
2. Diane Kurzyna

3. Joseph Cornell - Movie box, 1996