1. Programowanie dla dziewczynek
Strona programowaniedziecinnieproste.pl zachęca do nauki programowania. Dla każdego, bo programowanie dla dziewczynek nie różni się niczym od tego dla chłopców :-) A może za kilka lat dzięki nauce kodowania ktoś wymyśli apkę ratującą świat.
2. Seminkovny - lokalne banki nasion w Czechach (ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby i w Polsce powstała taka sieć)
Czeskie seminkovny - jest ich ponad 30 - dostępne są w bibliotekach, centrach aktywności lokalnej, szkołach, kawiarniach czy ogrodach społecznych.
Inicjatywa ułatwia dzielenie się nasionami i ich wymianę w lokalnych społecznościach, sprzyja bioróżnorodności i przetrwaniu starych odmian.
5. I jeszcze jedna publikacja - trochę inne podejście do reuse, bo nie chodzi o rzeczy materialne, ale o udostępnianie i korzystanie z zasobów cyfrowych - Reuse w edukacji.
Może się przyda wszelkim edukatorom i nauczycielom :-)
6. Darmowa komunikacja miejska w Głuchołazach (opolskie) i Kamiennej Górze (dolnośląskie). Zapewne takich miast w Polsce jest więcej. Ja słyszałam jeszcze o Świeradowie-Zdroju (można stamtąd dojechać do kultowego Wolimierza). Cieszy, że takie pomysły zataczają coraz szersze kręgi!
Chorowanie ma swoje dobre strony, przynajmniej mogłam w spokoju skończyć pozaczynane już kilka tygodni temu książki. Jedną z nich jest Roślinny kabaret. Botanika i wyobraźnia Richarda Mabey'a. Przez chwilę myślałam, że to będzie kolejna lektura typu "zbiór ciekawostek o roślinach", ale już po wstępie wiedziałam, że jest lepiej. Autor na szczęście dystansuje się od naukowców, którzy nazywają rośliny "naturalnym kapitałem" lub "dostawcą usług ekosystemowych". Zwraca uwagę na to, że często traktujemy naturę użytkowo, a nawet jeśli staramy się pomóc, to nie bierzemy pod uwagę całej bioróżnorodności, tylko jakiś jej określony wycinek.
"Jako przykład teoretycznie szczytnego, ale jednak krótkowzrocznego
działania można podać wspierać upraw roślin nektarodajnych dla owadów
zapylających, w szczególności pszczół. Sama idea zasługuje na pochwałę,
tyle że - w przeciwieństwie do pszczół - większość owadów zapylających
wykształca się z larw żywiących się nie kwiatami nektarodajnymi, ale
zwykłymi zielonymi liśćmi, w tym również liśćmi chwastów konsekwentnie
eliminowanych w celu tworzenia kolejnych kwiatowych rabatek."
Sam autor stara się dostrzec w roślinach autonomiczne byty bez próby zawłaszczania ich, jednak nie unikając antropomorfizacji.
W kolejnych rozdziałach książki autor opisuje spotkania konkretnych roślin z konkretnymi ludźmi. Możemy się dowiedzieć o najstarszych drzewach, kukurydzy, bawełnie, wiktoriańskiej modzie na paprocie (i lasy w słoiku), kolonialnych odkryciach, łowach na storczyki i wielu innych roślinach. Mnie najbardziej urzekł rozdział o artystce Margaret Mee, która przez całe życie poszukiwała kwiatu kaktusa Selenicereus wittii, wspinającego się na drzewa w dżungli. Jego pąki otwierają się tylko na jedną noc w roku, a kwiaty wydzielają upajającą woń. Czy nie przypomina wam to legendy o kwiecie paproci? A może kiedyś w Europie też mieliśmy jakiś gatunek, który kwitł tylko raz w roku przy świetle księżyca? Czy Margaret Mee udało się znaleźć moonflower? Przeczytajcie sami... (albo obejrzyjcie film)
(no, dobra, zaspojluję - udało się pod koniec jej życia, w 1988roku, czyli stosunkowo niedawno. Przy świetle latarek powstał szkic do tego obrazu:)
To niezwykła historia i niezwykła postać, a takich w książce Richarda Mabey'a jest więcej. Więc tak, warto.
O tym, że w sobotę w nocy przyjdzie Buka i wszystko zamrozi?
No, dobra nie myślcie o tym, ja pomyślę za was.
Przy okazji polecam dołujące katastroficzne lektury na zbliżające się jesienne wieczory (czyta się szybko, trzymają w napięciu):
Marc Elsberg - Blackout - czarna wizja tego, co może się zdarzyć, kiedy zabraknie elektryczności. (na pociechę: autor nie bierze pod uwagę odnawialnych źródeł energii)
Młodzieżowa dystopia Ocaleni (Last survivors) autorstwa Susan Beth Pfeffer, czyli życie na Ziemi po katastrofie, oczami 16-latków. Również zmusza do prepersowskich przemyśleń, co z nami będzie, kiedy wszystko pierdolnie. Jak to wszelkie młodzieżowe dystopie czyta się migiem (1 część dostępna po polsku, pozostałe w sieci po angielsku).
W planach mam jeszcze przeczytać Błękit Mai Lunde (autorki Historii pszczół), bo zapowiada się tak: "Południe Francji, rok 2041. Panująca w Europie susza prowadzi do wojen i
wyniszcza kontynent. Kolejne połacie lądu trawi pożar. David ucieka w
ostatniej chwili, wraz z jedenastoletnią córką Lou. Lecz nawet obóz dla
uchodźców nie jest już bezpieczną przystanią. Przemierzając wyludnioną
okolicę, David i Lou w jednym z opuszczonych domów postanawiają zaczekać
na koniec lub cud. Odnaleziona w ogrodzie żaglówka ma być ich arką, gdy
w końcu spadnie deszcz…"
Biorę ostatnio udział w Latającym Cyrku - nowym projekcie Agaty Dutkowskiej. Polega to na tym, że co tydzień dostajemy mailem różne zadania, a potem w zamkniętej grupie na fejsiku dzielimy się z innymi naszymi przemyśleniami.
I właśnie dziś dowiedziałam się, że zadanie w tym tygodniu (pobudzające ciekawość), ma w sobie cechy metody kojota (coyote teaching).
Po polsku nie znalazłam na ten temat wiele, ale zajrzyjcie do książki Kalosze pełne kijanek: Jak dzięki rozwijaniu miłości do przyrody wychować kreatywne, odważne i odpowiedzialne dziecko :
Natychmiastowe udzielenie odpowiedzi na pytanie często zabija dalsze interakcje i gasi stan ciekawości. Coyote's Guide doradza, aby nie odpowiadać bezpośrednio na pytania, tylko zadawać dalsze - naprowadzające na samodzielną odpowiedź - aby utrzymać umysł wciąż w stanie zainteresowania.
Po przeczytaniu fragmentu tej książki w Google Books chyba zakupię całość :-)
Myślenie Kojotem sprawia, że pojawiają się kolejne pytania, które czasem pozwalają dojść do zupełnie innych odpowiedzi :-) Warto spróbować i to nie tylko w kontekście edukacji przyrodniczej.
W moim barłogu znów rośnie stosik książek, które czytam - wszystkie na raz.
Część jest z biblioteki, część na czytniku, natomiast moje własne (love Asisko) jest grube tomiszcze "Drwale" Annie Proulx.
Czyli saga/historia wyrębu Ameryki od czasów kolonialnych do współczesności, napisana wyważonym językiem, a co najważniejsze z wyraźnie zaznaczoną perspektywą rdzennych mieszkańców - Indian Mikmak i ich pojmowania przyrody/drzew, gdy tymczasem najeźdźcy z Francji i Anglii czynią sobie ziemię poddaną...
Jest tu dużo o relacji człowiek-natura/las/drzewa/drewno, jest sporo historii dla mnie nieznanej, więc jeśli również lubicie długie lektury typu "Księgi Jakubowe" Tokarczukowej (tak mi się luźno skojarzyło), to zdecydowanie tak.
Druga lektura to "Rzeczozmęczenie" - próba usystematyzowania wiedzy dotyczącej kultury nadmiaru, zmęczenia rzeczami, minimalizmu i dobrowolnej prostoty życia. Osobiście męczy mnie amerykańskość tej książki, więc nadal jestem przy pierwszych rozdziałach. Można jednak znaleźć kilka ciekawych informacji (np. że nadmiar rzeczy może być śmiertelnie niebezpieczny - dużo przykładów albo że Thoreau po dwóch latach życia w lesie powrócił do wygód cywilizacji, czyli minimalizm też nie jest dla wszystkich). Autor jest orędownikiem tezy, że dotychczas dominujący materializm zostanie wkrótce zastąpiony przez eksperientalizm (gromadzenie doświadczeń), chciałabym podzielać jego optymizm, jednakże pozostaję sceptyczna...
"Ewolucja według Calpurnii Tate" to z kolei pozycja dla młodzieży, która mnie wciągnęła już jakiś czas temu, ale jakoś nie było okazji, żeby ją tu polecić. Polecam więc niniejszym i czaję się na drugą część, która niedawno wyszła w wydawnictwie Dwie Siostry. Pomimo tła postkolonialnej Ameryki (znów) XIX wieku mamy tu klimat Bullerbyn, zjadliwą dawkę wiedzy historyczno-przyrodniczej i nuty girl power, czyli jest to też literatura wzmacniająca dziewczynki, w sam raz dla młodych ekolożek.
Intrygujący debiut czeskiej pisarki, zielarska fabuła, oczywiście zamówiłam w ramach przedświątecznych zakupów i mam. I czytam, choć szaleństwo i obłęd nie mieści się w kanonie tematów "świątecznych".
Od czasu pracy magisterskiej ("Wybrane aspekty cielesności w twórczości czeskich pisarek współczesnych) mam szczególny sentyment do czeskich pisarek, a tym razem bonusowo poczułam więź z główną bohaterką (tłumaczka i zielarka). Treści zdradzac nie będę, żeby nie psuć ewentualnej przyjemności lektury. W każdym razie nie spodziewajcie się ani porad zielarskich ani ciekawostek etnobotanicznych. Będzie raczej mrocznie, niespiesznie, duszno i czesko.
Powieść doczekała się już luźnej kontynuacji, na razie jednak nieprzetłumaczonej na polski ( "Ke dnu" - "Do dna"). Ta druga część nie jest już tematycznie związana z ziołami, ale także zbiera w dobre recenzje.
Natomiast co do herbalizmu magicznego, to polecam jeszcze książkę z zupełnie innej półki (fabularnej, kulturowej, stylistycznej), czyli powieść Cheetry Banerjee-Divakaruni "Mistrzyni przypraw". Baśń o magicznej mocy przypraw i miłości :-) Przyjemna lektura, która doczekała się ekranizacji (nie wypowiem się, bo nie widziałam). Pokazuję angielską wersję okładki, bo polskie wydania mi się nie podobają :-P
Być może przed świętami nie macie głowy do prac ręcznych, bo już tylko pierniki, sprzątanie i zakupy, ale dla tych, którzy obchodzą grudniowe szaleństwo szerokim łukiem, mam propozycję na wykorzystanie zbędnych kartek, które i tak walają się po domu. Zrób z nich notes. Nic nie zastąpi papieru - żadna aplikacja w telefonie ani program komputerowy, ani zmyślny system magnesowych czy kredowych tablic.
Rok temu (a może dwa?) brałam udział w warsztatach robienia książek/notesów a opolskiej Galerii Sztuki Współczesnej, ale była to kilkudniowa, dosyć żmudna praca, wymagająca dokładności i cierpliwości. Metoda jest opisana na tym blogu: www.zrobtosama.pl.
Powstały piękne prace, choć zaliczyłam jedną wpadkę okładkową (nierówno przycięty grzbiet, złamał całą okładkę). Była to świetna przygoda, choć gdybym to miała robić w domu, to zniechęciłabym się trzy razy...
Zdjęcia pobrałam z fanpage'u galerii (BTW - uwielbiam naszą GSW - za cudowne warsztaty i aktywności okołowystawowe - tu można poćwiczyć jogę, nauczyć się robienia kimchi, wymienić się roślinkami, ozdobić sobie torbę czy koszulkę, przyjść na koncert lub film - love). Więcej zdjęć na blogu Gosi (gosiaw-prace.blogspot.com).
Duża szybszą metodą jest szycie książek/notesów metodą ściegu koptyjskiego, choć w necie widzę, że tutoriale są także pod nazwą japanese binding (moze ktoś bardziej obeznany wytłumaczy dlaczego?). Zszywanie grzbietów i okładek kolowymi nićmi daje nieskończone możliwości zdobnicze.
A oto najprostsza metoda:
Na jutiubie znajdziecie mnóstwo instrukcji:
A tu opis po polsku i do tego cudowne zastosowanie kartek różnego rodzaju i wielkości - full upcykling, spójrzcie koniecznie, bo cały blog Biurkowej jest tego warty: biurkowa.blogspot.com
Oto jest dzień obiecywanej przeze mnie recencji książki Bea(Bei?) Johnson pt. Pokochaj swój dom. Zero Waste Home, czyli jak pozbyć się śmieci, a w zamian zyskać szczęście, pieniądze i czas. W oryginale tytuł brzmi Zero Waste Home. The Ultimate Guide to Simplifying Your Life by Reducing Your Waste i nie wiem, czym kierował się polski wydawca decydując się na takie zmiany, może poradniki ze słowem "pokochaj" w tytule lepiej się sprzedają? Oby...
Sama książka mi się podobała, choć niektóre porady w niej zawarte sa kuriozalne (kompostuj włosy, paznokcie, kłęby kurzu i wełniane kłaczki ze swetrów). Niektóre za to bardzo mi się podobają (np. wzory listów do producentów i sprzedawców - rozdział Zaangażuj się) Rozsądny podział na pomieszczenia domowe (zero waste w kuchni, łazience, sypialni, biurze) pomaga przejść od razu do tematów, które są nam bliskie. Jest też rozdział poświęcony sprzątaniu, stołowaniu się poza domem (ale nie doszłam jeszcze do etapu noszenia ze sobą pojemnika na żywność, kiedy chcę coś kupić na wynos) i świętowaniu (przygotowania, prezenty, dekoracje), który warto przeczytać w kontekście zbliżających się nieuchronnie świąt Bożego Narodzenia (czyli konsumpcji).
Poradnik czyta się dobrze, struktura jest przejrzysta, przepisy na domowe środki czystości czy kosmetyki są wyróżnione i łatwe do znalezienia.
Ma też ta opowieść swoje wady - przede wszystkim napisana jest przez Amerykankę (cóż, że francuskiego pochodzenia) z amerykańskiej perspektywy i realiów, a nie ukrywajmy moda na zero waste to moda pierwszego świata. Jeśli ktoś mi radzi, żebym zmieniła większy dom na mniejszy, bo mały lepiej się sprząta i wymusza na mnie ograniczenie rzeczy, no to, ykhm, tak...dzięki Bea za tę poradę :-)
Problemy białej wykształconej Amerykanki z klasy średniej (lub nawet wyższej niż średniej) dotyczące wielkości domu, ilości samochodów na rodzinę (tak, nie każda osoba w rodzinie musi mieć swój własny samochód), miejscem do przechowywania rzeczy (wykupić oddzielny magazyn czy wystarczy garaż i piwnica?) nie są (i pewnie nigdy nie będą) moimi problemami (chociaż też jestem białą wykształconą heterokobietą z klasy prawie średniej).
Na szczęście sama Bea dostrzega z jak bardzo uprzywilejowanej pozycji prowadzi narrację, bada też granice bycia zero waste. Tutaj dochodzimy do drugiego punktu, który sprawia, że nie utożsamiam się z ideą zero waste. Jest po prostu utopijna. Nie da się być bezodpadowcem. Sam fakt życia jako człowiek wystarczy, żeby generować dużo odpadów, już od chwili poczęcia i jedyne co możemy zrobić, to starać się tę ilość zredukować, ponownie używać i recyklingować (3R). Ale nie osiągniemy nigdy stanu zero waste, nie ma bata. I nawet jeśli wszyscy producenci na świecie zrezygnują z produkcji plastiku, to pamiętajmy, że piewsza torebka foliowa, która powstała w 1965 wciąż jeszcze się nie rozłożyła. Prawdopodobnie plastik krąży już w naszych żyłach, skoro jest w wodzie, ziemi i powietrzu. Sorry, taki mamy klimat. Więc fakt, że na zakupy chodzisz ze swoją płócienną torbą niewiele zmieni, i tak toniemy w tym gównie.
Co powinniśmy robić? Edukować (głównie dając dobry przykład, więc tu jest duże pole do popisu dla ludzi podążających ścieżką zero waste) i wywierać nacisk na producentów i korporacje (np. wspierając małe lokalne biznesy, które umożliwiają zakupy bez zbędnych opakowań).
To trochę jak walka z wiatrakami, ale może pokolenie naszych dzieci będzie skuteczniejsze. W takiej działalności edukacyjnej książka "Pokochaj swój dom" może się sprawdzić, więc jeśli chcecie kogoś zarazić ideą, to jak najbardziej. Zresztą sama chętnie podam dalej swój egzemplarz - kto chętny, proszę się zgłaszać w komentarzach :-)
O co chodzi z historią naturalną? Kopiuję wyjaśnienie ze strony HistoriaNaturalis.pl (must visit!):
'Pod takim tytułem znane było dzieło życia Gaiusa Pliniusa Secundusa
(23
r n.e. – 79 r. n.e.), rzymskiego pisarza i historyka (zwanego
Pliniuszem Starszym), będące pierwowzorem systematycznej encyklopedii.
Pliniuszowa Naturalis Historia zawierała kompletny wykład
ówczesnego stanu wiedzy z takich dziedzin jak kosmologia, botanika,
zoologia, farmakologia, mineralogia i metalurgia. Dzieło składało się z
XXXVII ksiąg, zawierających w sumie 2493 paragrafów. Źródła, z których
korzystał Pliniusz, obejmowały teksty blisko 500 autorów.
Praca Pliniusza stała się punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń
przyrodników piszących własne „historie naturalne” i przez ponad półtora
tysiąca lat funkcjonowała jako źródło pewnej wiedzy o świecie przyrody –
np. pierwszy wybitny polski zoolog, Jan Jonston z Szamotuł (Jonstonus) w
dziele nie przez przypadek zatytułowanym Historia Naturalis
(Frankfurt, Amsterdam 1650-1653) - podobnie jak inni przyrodnicy tamtego
okresu - twierdził, że zamierza jedynie przedstawić całość świata
zwierzęcego w oparciu o najznakomitszych uczonych starożytności –
Arystotelesa i Pliniusza.
Tytułowanie prac przyrodniczych „historiami naturalnymi” było popularne aż do drugiej połowy XIX wieku."
Dotychczas ilustracja przyrodnicza kojarzyła mi się wyłącznie z tablicami edukacyjnymi w sali biologii lub na ścieżkach dydaktycznych oraz z fanpage'ami Stare obrazki ze zwierzętami (koniecznie!) i Stare obrazki z roślinami.
Rysowanie z natury to niełatwa sprawa (utknęłam przy muszelce) i żeby osiągnąć poziom mistrzowski nie wystarczy miesięczny kurs w internetach. Oczywiście w pewnym momencie człowiek zadaje sobie pytanie - po co się szkolić w sztuce kopiowania natury w czasach aparatów fotorgaficznych, kamer i dronów, które zarejestrują wszystko i wszędzie?
No cóż, a jeśli nastąpi blackout i zabraknie internetów? Wtedy realistyczne rysunki wrócą do łask (na równi z umiejętnościami bushcraftu, survivalu i kooperacji). Ma też ilustracja naturalna inne zalety - uczy obserwacji, dostrzegania szczegółów, proporcji, perspektywy. Prawie jak medytacja. Poza tym inwestycja w szkicownik, kilka ołówków, cyrkiel, lupę i linijkę nie nadwyręży budżetu tak jak digitalne elektrogadżety.
Pierwsze zadanie domowe z kursu to, oprócz skompletowania przyborów rysunkowych, wyszukiwanie lokalnego ilustratora/ilustratorki historii naturalnej, znalezienie linku do jego/jej strony i podzielenie się z pozostałymi słuchaczami kursu.
Podeszłam do sprawy metodycznie, czyli wpisałam w Google: polska ilustracja przyrodnicza. No, i co? Dostałam linka do pracy Jakuba Jakubowskiego pt. Dawna polska ilustrowana książka przyrodnicza (XVII–XIX wiek). Z naukowego wywodu można wyłuskać, że w tym czasie pojawiło się sporo publikacji dotyczących historii naturalnej o smakowitych tytułach typu Historya naturalna krótko zebrana dla młodocianego wieku (Warszawa 1869). Było kilku znaczących polskich wydawców i ilustratorów (czasem w jednej osobie). Ich prace graficzne powielano dzięki miedziorytom (linoryt pojawił się później). I to musiało wystarczyć ówczesnym ludziom żądnym wiedzy o historii naturalnej i przyrodzie.
Jeśli chodzi o dawne wieki, to nie natknęłam się na żadną ilustratorkę, choć ponoć kobiety często pomagały w tej kwestii. przyrodnicy tworzyli wokół siebie artystyczny krąg, do którego niejednokrotnie należały związane z nimi kobiety *(na przykład córki J.T. Kleina) lub obdarzeni zaufaniem ilustratorzy, z którymi współpracowano zwykle na przestrzeni wielu lat (choćby A. Stech w przypadku J. Breynego; J.F. Mylius i P. Böse w przypadku J.T. Kleina). * Było to zjawisko rozpowszechnione w całej Europie epoki oświecenia, aż po wiek XIX. O roli kobiet ilustratorek w rozwoju botaniki epoki wiktoriańskiej por. J. Endersby, Seeing, [w:] Imperial Nature: Joseph Hooker and the Practices of Victorian Science, Chicago-London 2008, s. 120–121.
Natomiast po linkach do kłębka natrafilam na wzmiankę, że w 2009 roku polska briolożka doc. dr hab. Halina Bednarek-Ochyra z Instytutu Botaniki PAN im. Władysława Szafera w Krakowie otrzymała nagrodę
im. Jill Smythies przyzwaną przez angielskie Towarzystwo Linneuszowski za najlepszą ilustrację botaniczną (via Nauka w Polsce).
Popularnym ilustratorem jest Robert J. Dzwonkowski - nie ma chyba własnej strony, ale jego rysunki znajdziecie w wielu książkach (m.in. Młody obserwowator przyrody, Znajdź nas! Woda, łąka, las., 1001 faktów o roślinach, Poznajemy owady. Przyroda polska. Przewodnik).
Warto przy okazji wspomnieć o dwóch książkach czerpiących z tej tradycji, które zostały pięknie wydane w Polsce przez Wydawnictwo Dwie Siostry.
Animalium. Muzeum zwierząt i Botanicum. Muzeum roślin
Przyciąga także oko zakamarkowa seria "ilustrowany inwentarz", póki co w trzech częściach - drzew, zwierząt i ptaków
A tymczasem wczoraj obchodziliśmy Dzień bez telefonu. Tzn. kto obchodził, ten obchodził... Mam wrażenie, że większość ludzi raczej nie. Chwilowo mam stosunkowo czyste sumienie jako posiadaczka wiekowej Nokii, dzięki której mogę smsować i dzwonić, i to mi wystarcza. Na razie.
W Dniu bez Telefonu nie chodzi o uzależnienie ludzi od internetu i sieci społecznościowych, czy FOMO. nie tym razem*. Chodzi o to, że za produkcją smartfonów (w 2016 wyprodukowano 1 mld 350 mln nowych smartfonów!) kryje się przemoc, niszczenie środowiska i lokalnych społeczności w krajach Globalnego Południa. Tu jest to dobrze wyjaśnione:
Zanim więc kupisz nowy smartfon, komputer, czy sprzęt AGD, rozważ czy NAPRAWDĘ tego potrzebujesz? Czy starego nie da się naprawić? Albo znaleźć jakiegoś alternatywnego rozwiązania (np. jeśli potrzebujesz wiertarki, nie musisz kupować nowej - wystarczy pożyczyć od sąsiada). Trudno liczyć na to, że ktoś w imię solidarności z ludźmi wykorzystywanymi na Globalnym Południu całkowicie zrezygnuje z używania telefonu. Ale przecież nie musi - wystarczy, że będzie korzystał z jednego tak długo jak się da.
Powinna pomóc zasada 6R, czyli rethink -refuse - reduce - reuse - recycle - recover/repair.
*tego problemu - czyli uzależnienia od sieci i elektroniki dotyczył eksperyment, jaki wykonała matka trojga dzieci w Australii - z całą rodziną na pół roku zrezygnowała ze wszelkich elektronicznych rozpraszaczy - telefonów komórkowych, komputerów, tabletów, konsoli do gry, telewizora...Detoks przeżyli i to z całkiem niezłymi rezultatami. Wszystko opisane jest w książce "E-migranci.Pół roku bez internetu, telefonu i telewizji" (Wyd. Znak) Susan Maushart. Styl trochę silący się na humor w rodzaju Bridget Jones przeplatany cytatami z Thoreau, informacjami naukowymi i statystykami. Czyta się nieźle, dobra lektura akurat na wakacje :-)
Rodzice cierpiący na kleszczofobię raczej będą się wzdrygać, oglądając ujęcia z leśnych przedszkoli, ale poza tym obejrzenie tego filmu nie grozi niczym więcej niż ochotą na wyjście do lasu :-) Film z polskim lektorem można zobaczyć np. na efilmy.tv.
Moją uwagę przyciągnęła część poświęcona naturalnym i przygodowym placom zabaw - piękna sprawa. Przy okazji w ciemno polecam nowość książkową "Ścieżka bosych stóp". W ciemno, bo jeszcze nie czytałam, ale osoba autorki jest gwarancją, że to musi być dobre (tu: mój wywiad z Anną Komorowską na Ulicy Ekologicznej).
A skoro już o ścieżce bosych stóp, to łapcie krótką instrukcję - zarówno w wersji domowej jak i plenerowej (frajdap.blogspot.com).
A jeśli ktoś się wybiera do Czech/Austrii, to na pograniczu, w Valticach jest 5kilometrowa ścieżka bosych stóp z 11 przystankami. Ponoć w Niemczech takie bose szlaki to całkiem popularne atrakcje turstyczne, może i my kiedyś doczekamy :-)
W Czechach jest takich ścieżek już kilkadziesiąt + portal dla tych, którzy lubią chodzić boso: www.zijnaboso.cz. U sąsiadów działa też stowarzyszenie Bosa Turystyka, które działa m.in. na rzecz tworzenia bosych ścieżek (i doradza, jak na to zebrac fundusze). Piękna sprawa.
W Polsce natomiast działa Stowarzyszenie Warmińskich Chłopów Bosych, którzy w zeszłym roku ogranizowali 3-dniową imprezę Bosowisko (z tego roku wieści brak), zapraszają też do odwiedzenia Bosego Labiryntu (250m, otwartego cały rok, 12 godzin dziennie).
A dlaczego warto chodzić boso? Oprócz korzyści fizycznych i zdrowotnych, znalazłam też takie new age wyjaśnienie: Uziemiony znaczy zdrowy.
A zatem uziemiajmy się!
To już dziś - święto czarownic, czyli noc z 30 kwietnia na 1 maja. Jesteście gotowe na sabat lub choćby symboliczne ognisko, żeby odegnać złe duchy?
Czarownice, czarodziejki, wiedźmy, zielarki, szeptuchy, mądre kobiety. Wspólczesne wiedźmy (kobiety, które wiedzą) to raczej doule i położne przyjmujące domowe porody, ekoedukatorki, strażniczki nasion, ogrodniczki permakulturalne, zwołujące i trzymające Kręgi Kobiet, promotorki dzikiej kuchni i wiedzy o chwastach, artystki, feministki - jest nas wiele, coraz więcej.
Jesteśmy wnuczkami czarownic, których nie udało się wam spalić na stosie.
Najpiękniejsze wiedźmy to 13 Rdzennych Babć - międzynarodowy krąg starszyzny kobiet. One wiedzą.
Dokument o nich - akurat na dziś.
Mikrowyprawy to krótkie wypady, które pozwalają nam poczuć ducha przygody, wolności i niezwykłości, który zazwyczaj towarzyszy "prawdziwym" podróżnikom.
Mi bardziej pasuje terminwagary, a z kolei Czesi znają mikrowyprawy pod swojskim pojęciem "wycieczka/výlet". Śmiem zaryzykować stwierdzenie, że Czesi są mistrzami wycieczek i ta tradycja - jednodniowych lub dłuższych wypadów w najbliższe okolice, żeby odkryć nieznane sobie jeszcze jeziorko, wejść na jakąś górkę, rozpalić ognisko, no i wypić piwo - jest u nich dobrze ugruntowana.
(fotka archiwalna z czeskiej Szumawy, gdzie swego czasu przeżywaliśmy microadventure with magic mushrooms)
Wg Alistair Humphreys'a mikrowyprawą może być na przykład przejażdżka nieznanym autobusem na pętlę końcową :-) Albo spanie pod gwiazdami. Alba jazda stopem.
Łukasz Długowski proponuje spływ rzeczki dziecięcym pontonem, pobujanie się w hamaku nad Wisłą, czy choćby pójście do pracy inną drogą niż zawsze.
Ja z kolei polecam spacer roślinny, który może być wspaniałą mikroprzygodą, jak okazało się w zaprzeszły weekend (pierwszy prawdziwie wiosenny). Spacer organizowała Ola i Arek i dzięki im za to, bo bushcraft, survival i poszukiwanie roślin nie są im obce :-)
Elementy mikroprzygody (czas trwania ok. 5 godzin):
- przejażdżka autobusem na pętlę Turawa Park
- przejście za obwodnicę z grupką częściowo nieznajomych ludzi
- zbieranie ziół na łące i w lesie (czy wiecie, że listki dziurawca mają taki mikroskopijne dziurki, które widać tylko pod słońce?)
- biwak, czyli ognisko (rozpalane krzesiwem), herbata z fermentowanych i świeżych liści poziomek, kawa żołędziowa, podpłomyki z mąki żołędziowej i pszennej, sałatka z czosnaczka, szczawiu, przytulii, krwawnika, pokrzywy i kilku innych ziółek.
- powrót również autobusem
- koszt mikrowyprawy - 5,20zł (2x bilet MZK)+ zrzutka "co łaska" dla prowadzących
Zdjęcia: najlepsza Natalka
To się nazywa szczęście w pobliżu miasta. Zdecydowanie do powtórki.
Tak, wiem, niektórzy mają do książek stosunek nabożny, który częściowo rozumiem. Ten wpis nie jest dla was.
Bo co zrobić z tymi wszystkim starymi podręcznikami, przewodnikami, broszurami, romansami i książkami-potworkami, których nikt już nigdy nie będzie czytał?
Można spróbować dać im nowe życie poprzez sztukę :-)
Na przykład - wiersze, sposób: Blackout Poetry (na kartce zaczerniamy większość słów, zostawiając tylko te, które tworzą jakiś nowy sens)
C.B Wentworth, na kartce z książki The Saint Intervenes by Leslie Charteris (1934) Special Note: This poem is read from bottom to top.
Czytamy z Córką "Anaruka - chłopca z Grenlandii", nie do wiary, że to wciąż lektura szkolna [nie polecam broszurowego wydania - fatalna edycja, pełno literówek]. Archaiczna w równym stopniu co "Puc, Bursztyn i goście" :-)
Minęło ledwie kilkadziesiąt lat, a niewiarygodnie ciężkie życie Inuitów (zwanych w książce politycznie niepoprawnie Eskimosami) zmieniło się nie do poznania. Na lepsze i na gorsze jednocześnie. Inuici, którzy żyli z łowiectwa [trudno nam się czytało o zabijaniu fok, niedźwiedzi i innych wielorybów], zostali w latach 70-tych przesiedleni do blokowisk i teraz ich głównym zajęciem i bolączką, jest picie alkoholu oraz depresja (wysoki wskaźnik samobójstw). Nie muszą już polować dla mięsa i tłuszczu, nie chodzą odziani w skóry
zwierząt, nie walczą o przetrwanie w swoich igloo.
BTW - wiedzieliście, że Grenlandia była kiedyś częścią Unii Europejskiej
(jako autonomiczne terytorium zależne Danii), ale z niej wystąpiła w
1985?? Bo ja nie :-) Więcej o życiu współczesnych mieszkańców Grenlandii przeczytacie tu: www.hornsund.igf.edu.pl (strona Sylwii i Tomasza Moczadłowskich to prawdziwa kopalnia wiedzy).
A że na Grenlandii rosną truskawki, wiedzieliście? To sprawka wydłużonego okresu wegetacyjnego na skutek globalnego ocieplenia. I chyba jedyny z pozytywnych skutków tegoż, bo poza tym porażka - topniejący lód, zanieczyszczone wody (= zatrute mięso), zmiany klimatu (więcej o tym tu) to na Arktyce prawdziwy problem. O tym wszystkim nie pisał Centkiewicz...Więc jeśli spojrzeć na to z innej strony, to "Anaruk" jest dowodem na to, że klimat rzeczywiście się zmienił - w ciągu ostatnich lat średnia temperatura na Grenlandii wzrosła o ponad 30 stopni! To oznacza, że w lecie zdarzają się temperatury +20 stopni, toż to prawie jak u nas.
Niestety nie wiem, co można zrobić jeszcze w tej sprawie oprócz ubolewania na blogu i codziennego ekożycia. Nie tracić nadziei, że politycy sie ogarną? Podpisywać kolejne petycje, brać udział w kolejnych protestach? Uczyć, uświadamiać, pokazywać? Zróbmy to.
Wczoraj skończyłam czytać Slow Life. Zwolnij i zacznij żyć Joanny Glogazy (tej od Slow Fashion), więc na świeżo chcialam się z wami podzielić wrażeniami z lektury (bo jak nie teraz, to pewnie już nigdy).
Zacznijmy od plusów - książka jest ładnie wydana, dokładnie tak jak wyobrażam sobie ideę slow life - stonowana, szara (gołębiowa) okładka, przyjemny papier, rozmiar czcionki, wyróżnienia rozdziałów, lajfstajlowe fotografie itp.
Podobnie wyważona jest treść, lektura jest jak pływanie żabką (babską żabką oczywiście, bez zanurzania głowy) po gładkim jeziorze, żadnych fal, trudnych miejsc, ładne widoki i relaks na plaży. Niby ok, ale nie wciąga (jak Pochwała powolności) i nie chce się po niej zmieniać życia (jak po mniej), czy choćby posprzatać (jak po Magii sprzątania)...
W książce znajdziecie natomiast kilkanaście stron z ćwiczeniami coachingowymi (typu "wypisz rzeczy, które sprawiają ci radość"), kilka wywiadów z blogerami, wyznania autorki na temat jej drogi do slow life + rozważania, jak wprowadzić je w życie, czyli zorganizować czas, przewartościować priorytety, znaleźć swoją pasję itp. Jednym słowem - poradnik dla osób, które zaczynają się interesować tematem i chcą sobie niektóre rzeczy poukładać.
Do mnie nie przemówiło i niczego nowego lektura nie wniosła. Może gdybym przeczytała ją 10 lat temu, to byłaby dla mnie objawieniem, no ale jednak nie. Natomiast bez wyrzutów sumienia oddaję do biblioteki, może przemówi do kogoś innego :-)
Pod koniec roku czas przyspieszył i zabrakło go na bloga. Więc dzisiaj lajtowo, trochę smutkowo, trochę materialistycznie i estetycznie...
Ostatnio podczytuję sobie książkę Doroty Simonides pod intrygującym tytułem "Dlaczego drzewa przestały mówić?"
I teraz już wiem, skąd Szyszko czerpie inispiracje... Od samego Pambuka :)
A było to tak:
"(...) mało kto wie, że kiedyś drzewa naprowda godały ludzkim głosem. Moja starka opowiadała, że raz jeden gospodarz poszedł do lasu i chciał narąbać drzewa na opał, bo zima była siarczysta, a polić nie było czym. No, i zabiero się siekierą do sosny. A ona woła: "Nie rąbej mnie, nie rąbej, bo mi serce zabijesz i krew pociecze". Chłop zabrał się przeto do jodły. Już się zamachnął, a drzewo woła:" Oj, nie ścinaj mnie, nie ścinaj, bo mi serce krwawi, nic z tego nie będziesz miał, bo będę wilgotna z krwi i płaczu". No i chłop poszedł dalej. Widzi, piękna brzoza stoi. Już się zamachnął, a brzoza płacząc, skomle: "Oj, nie zabijaj mnie, nie zabijaj, ja mam duszę. Proszę cię, zostaw mie żywą".
No i chłop wraca do domu bez drewna. Zimno, chałpa zimno, dzieci płaczą, ale co robić? W tym dźwierze się otwierają i wchodzi zmarznięty gość. Powiada: "Czy pozwolicie mi się u was ogrzać?" A chłop na to: "Chętnie byśmy ci pozwolili, ale my sami marzniemy. Byłem w lesie po drzewo, ale wszystkie tak mie prosiły, aby ich nie zetnąć, że mi tak żol było, żech je zostawił. Płakały i wołały, że i im serca pękają, a przez ich krew i duszę, moje drzewo będzie mokre i że się i tak nie rozpali!"
Wtedy staruszek poszedł z nim do lasu i zawołał: "Na moje wezwanie wszystkie drzewa od tej chwili przestaniecie godać ludzkim głosem, a serca i dusze biera do siebie", bo wiecie, to był sam Pan Jezus. No i kozoł temu chłopu narąbać drzewa, rozpolić w piecu i była wielka radość, bo dzieciskom było ciepło, a i som Pan Jezus się ogrzoł i zrozumioł, że drzewa nie powinny godać, a powinny ludziom służyć i ciepła dostarczać."
End of story.
Nie przypomina wam to polityki ministra środowiska? Chłopski rozum i ludowa wizja świata rządzi...
"16.12.2016 wieczorem
Sejm uchwalił ustawę, która wyszła z Ministerstwa Środowiska, a do
Sejmu weszła jako projekt poselski (dzięki temu pominięto etap
konsultacji społecznych). To jedna z pakietu trzech ustaw
katastrofalnych dla polskiego systemu ochrony przyrody. W przypadku
lasów oznacza ona, że prowadzenie gospodarki leśnej w oparciu o "kodeks
dobrych praktyk", nie będzie wymagało uzyskiwania osobnych pozwoleń od
Regionalnych Dyrekcji Ochrony Środowiska na działania mające wpływ na
gatunki chronione. Przy uchwalaniu tej ustawy nie wysłuchano głosu
obywateli, tymczasem istnieje ryzyko, że część jej zapisów jest
niezgodna z prawem UE." (info z fp Greenpeace Polska)
Na pocieszenie - piękne przedmioty z przyrodniczymi motywami (wish list). Być może kiedyś tylko to nam pozostanie z tzw. dziedzictwa przyrodniczego. Obym się myliła.