Spieszcie się wykorzystywać pudełka od zapałek, bo powoli znikają z obowiązkowego wyposażenia domów...
1. Fotoaparacik (tutorial)
2. Pudełkowe postacie od Mai Ly - uwielbiam jej ilustracje!
3. Instant Comfort Pocket Box od kimslittlemonsters - można kupić na Etsy
4. Dioramy i kolaże w różnych stylach (szukajcie jako matchbox art - niektóre są obłędne):
5. Miniaturowe meble - np. biurko (tutek):
6. Minibudki dla ptaszków
7. Podręczny ołtarzyk
Tyle możliwości...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
13 kwi 2018
27 cze 2017
Trudne odpady - TetraPak i Tyvek
Wiele jest trudnych odpadów i nie wszystko możemy posegregować do recyklingu... Z niektórymi rzeczami jest tak, że lepiej ich nie kupować, zwłaszcza jeśli mamy alternatywę.
I choć opakowania TetraPak wydają się kuszące (lekkie, trwałe, wygodne), to lepiej kupować napoje w szkle lub plastiku PET. Tetrapaki bowiem są bardzo trudnym materiałem do recyklingu - składają się z trzech ściśle połączonych warstw: kartonu, folii i aluminium, a niewiele firm chce i potrafi je przetwarzać.
Wzmiankę o jednej takiej natrafiłam na blogu Organiczni.eu (papier toaletowy z tetrapaków) - super, ale potrzebujemy ich więcej, dużo więcej.
Edit: blog Green Projects podaje, że w Polsce są 3 zakłady przetwarzające tetrapaki, głównie na makulaturę. Dużo to czy mało w skali całego kraju? A co się dzieje z folią i aluminium z tych opakowań? Czy też są poddawane recyklingowi, czy tylko papier? Tu już odpowiedzi brak. Dlatego lepiej jednak przerzucić się na opcje zero waste (własna wielorazowa butelka na wodę/napoje, picie kranówki) lub kupowanie napojów w opakowaniach łatwiejszych do przetworzenia.
Oczywiście pozostaje jeszcze upcykling, czyli kratywność w warunkach domowych - z tetrapaków mogą powstać np. doniczki, karmniki, pojemniczki, zabawki, portfeliki, lampy, solarne grzejniki i inne takie.
Oryginalny sposób znalazłam tutaj - tetrapak jako materiał plastyczny do tworzenia czegoś w rodzaju linorytu (alurytu? tetrarytu?), no w każdym razie efekt ciekawy.
Innym trudnym odpadem jest Tyvek® - łączący w sobie cechy papieru, folii i tworzywa sztucznego i tekstylnego. Teoretycznie - info ze strony producenta, skądinąd powiązanego z firmą Monsanto - Tyvek zrobiony jest w 100% z HDPE i może być przetwarzany, ale nie widzę nigdzie listy przedsiębiorstw, które to robią...
Z tyveku robi się np. etykiety towarowe , kombinezony i ubrania ochronne, budowlane materiały izolacyjne, torby, lampy itd.
W Polsce można kupić zrobione z tyveku portfele The Mighty Wallet® - jak zapewnia producent są trwałe, odporne na wilgoć i ekologiczne. Ale uwaga na ekościemę - to, że mają znaczek recyklingu, nie znaczy niestety, że w Polsce są punkty przetwarzające Tyvek...
Tutaj znów namawiam was do szukania alternatyw. Ja np. lubię portmonetki na zamek błyskawiczny, ostatnio kupiłam piękną handmade na jakimś miejskim kiermaszu. Zawsze też można zrobić portfel z tetrapaku :-P
I choć opakowania TetraPak wydają się kuszące (lekkie, trwałe, wygodne), to lepiej kupować napoje w szkle lub plastiku PET. Tetrapaki bowiem są bardzo trudnym materiałem do recyklingu - składają się z trzech ściśle połączonych warstw: kartonu, folii i aluminium, a niewiele firm chce i potrafi je przetwarzać.
Wzmiankę o jednej takiej natrafiłam na blogu Organiczni.eu (papier toaletowy z tetrapaków) - super, ale potrzebujemy ich więcej, dużo więcej.
Edit: blog Green Projects podaje, że w Polsce są 3 zakłady przetwarzające tetrapaki, głównie na makulaturę. Dużo to czy mało w skali całego kraju? A co się dzieje z folią i aluminium z tych opakowań? Czy też są poddawane recyklingowi, czy tylko papier? Tu już odpowiedzi brak. Dlatego lepiej jednak przerzucić się na opcje zero waste (własna wielorazowa butelka na wodę/napoje, picie kranówki) lub kupowanie napojów w opakowaniach łatwiejszych do przetworzenia.
Oczywiście pozostaje jeszcze upcykling, czyli kratywność w warunkach domowych - z tetrapaków mogą powstać np. doniczki, karmniki, pojemniczki, zabawki, portfeliki, lampy, solarne grzejniki i inne takie.
Oryginalny sposób znalazłam tutaj - tetrapak jako materiał plastyczny do tworzenia czegoś w rodzaju linorytu (alurytu? tetrarytu?), no w każdym razie efekt ciekawy.
Innym trudnym odpadem jest Tyvek® - łączący w sobie cechy papieru, folii i tworzywa sztucznego i tekstylnego. Teoretycznie - info ze strony producenta, skądinąd powiązanego z firmą Monsanto - Tyvek zrobiony jest w 100% z HDPE i może być przetwarzany, ale nie widzę nigdzie listy przedsiębiorstw, które to robią...
Z tyveku robi się np. etykiety towarowe , kombinezony i ubrania ochronne, budowlane materiały izolacyjne, torby, lampy itd.
W Polsce można kupić zrobione z tyveku portfele The Mighty Wallet® - jak zapewnia producent są trwałe, odporne na wilgoć i ekologiczne. Ale uwaga na ekościemę - to, że mają znaczek recyklingu, nie znaczy niestety, że w Polsce są punkty przetwarzające Tyvek...
Tutaj znów namawiam was do szukania alternatyw. Ja np. lubię portmonetki na zamek błyskawiczny, ostatnio kupiłam piękną handmade na jakimś miejskim kiermaszu. Zawsze też można zrobić portfel z tetrapaku :-P
24 cze 2017
Film na niedzielę - "NaturePlay - Take Childhood Back" (Zielona szkoła - edukacja po duńsku)
Ten film polecam zwłaszcza rodzicom, jako uzupełnienie "Ostatniego dziecka lasu" i "Witaminy N". Zresztą Richard Louv jest w tym dokumencie często cytowany.
Rodzice cierpiący na kleszczofobię raczej będą się wzdrygać, oglądając ujęcia z leśnych przedszkoli, ale poza tym obejrzenie tego filmu nie grozi niczym więcej niż ochotą na wyjście do lasu :-)
Film z polskim lektorem można zobaczyć np. na efilmy.tv.
Moją uwagę przyciągnęła część poświęcona naturalnym i przygodowym placom zabaw - piękna sprawa. Przy okazji w ciemno polecam nowość książkową "Ścieżka bosych stóp". W ciemno, bo jeszcze nie czytałam, ale osoba autorki jest gwarancją, że to musi być dobre (tu: mój wywiad z Anną Komorowską na Ulicy Ekologicznej).
A skoro już o ścieżce bosych stóp, to łapcie krótką instrukcję - zarówno w wersji domowej jak i plenerowej (frajdap.blogspot.com).
A jeśli ktoś się wybiera do Czech/Austrii, to na pograniczu, w Valticach jest 5kilometrowa ścieżka bosych stóp z 11 przystankami. Ponoć w Niemczech takie bose szlaki to całkiem popularne atrakcje turstyczne, może i my kiedyś doczekamy :-)
W Czechach jest takich ścieżek już kilkadziesiąt + portal dla tych, którzy lubią chodzić boso: www.zijnaboso.cz. U sąsiadów działa też stowarzyszenie Bosa Turystyka, które działa m.in. na rzecz tworzenia bosych ścieżek (i doradza, jak na to zebrac fundusze). Piękna sprawa.
W Polsce natomiast działa Stowarzyszenie Warmińskich Chłopów Bosych, którzy w zeszłym roku ogranizowali 3-dniową imprezę Bosowisko (z tego roku wieści brak), zapraszają też do odwiedzenia Bosego Labiryntu (250m, otwartego cały rok, 12 godzin dziennie).
A dlaczego warto chodzić boso? Oprócz korzyści fizycznych i zdrowotnych, znalazłam też takie new age wyjaśnienie: Uziemiony znaczy zdrowy.
A zatem uziemiajmy się!
Rodzice cierpiący na kleszczofobię raczej będą się wzdrygać, oglądając ujęcia z leśnych przedszkoli, ale poza tym obejrzenie tego filmu nie grozi niczym więcej niż ochotą na wyjście do lasu :-)
Film z polskim lektorem można zobaczyć np. na efilmy.tv.
Moją uwagę przyciągnęła część poświęcona naturalnym i przygodowym placom zabaw - piękna sprawa. Przy okazji w ciemno polecam nowość książkową "Ścieżka bosych stóp". W ciemno, bo jeszcze nie czytałam, ale osoba autorki jest gwarancją, że to musi być dobre (tu: mój wywiad z Anną Komorowską na Ulicy Ekologicznej).
A skoro już o ścieżce bosych stóp, to łapcie krótką instrukcję - zarówno w wersji domowej jak i plenerowej (frajdap.blogspot.com).
A jeśli ktoś się wybiera do Czech/Austrii, to na pograniczu, w Valticach jest 5kilometrowa ścieżka bosych stóp z 11 przystankami. Ponoć w Niemczech takie bose szlaki to całkiem popularne atrakcje turstyczne, może i my kiedyś doczekamy :-)
W Czechach jest takich ścieżek już kilkadziesiąt + portal dla tych, którzy lubią chodzić boso: www.zijnaboso.cz. U sąsiadów działa też stowarzyszenie Bosa Turystyka, które działa m.in. na rzecz tworzenia bosych ścieżek (i doradza, jak na to zebrac fundusze). Piękna sprawa.
W Polsce natomiast działa Stowarzyszenie Warmińskich Chłopów Bosych, którzy w zeszłym roku ogranizowali 3-dniową imprezę Bosowisko (z tego roku wieści brak), zapraszają też do odwiedzenia Bosego Labiryntu (250m, otwartego cały rok, 12 godzin dziennie).
A dlaczego warto chodzić boso? Oprócz korzyści fizycznych i zdrowotnych, znalazłam też takie new age wyjaśnienie: Uziemiony znaczy zdrowy.
A zatem uziemiajmy się!
18 maj 2017
Drugie życie kartonowej rury #3
Kartonowe rurki - znacie? Nie mówię o zwykłych wucerolkach, tylko tych solidniejszych tubach - po folii strech, tapetach, czy innych wynalazkach. Tydzień temu wzięliśmy je na warsztat z cyklu "Drugie życie rzeczy". Powstały cudeńka :-)
Głównie rainsticki, czyli deszczowe kije - instrumenty muzyczne imitujące dźwięk deszczu + organizery na biurko.
Tak to wyglądało:
Jak zrobić kij deszczowy?Potrzebna wam będzie kartonowa rurka i wypełniacz (jakieś ziarna, nasiona, kamyki, muszelki, koraliki - im większe, tym głośniejszy dźwięk) oraz drut lub folia aluminiowa. Oryginalnie rainsticki wykonywane były z kaktusa, a obecnie wiele z nich wykorzystuje wbite spiralnie gwoździki/wykałaczki przez całą długość rury, które spowalniają ruch wypełniacza w środku (tutorial) Jednak z gwoździkami za dużo roboty, a drut też daje radę :-) Tak naprawdę folia aluminiowa albo papier do pieczenia skręcone w coś w rodzaju łańcucha DNA też dają radę.
Inne pomysły na rurki:
sofa
A co z kartonowej tuby #1
A co z kartonowej tuby #2
Głównie rainsticki, czyli deszczowe kije - instrumenty muzyczne imitujące dźwięk deszczu + organizery na biurko.
Tak to wyglądało:
Jak zrobić kij deszczowy?Potrzebna wam będzie kartonowa rurka i wypełniacz (jakieś ziarna, nasiona, kamyki, muszelki, koraliki - im większe, tym głośniejszy dźwięk) oraz drut lub folia aluminiowa. Oryginalnie rainsticki wykonywane były z kaktusa, a obecnie wiele z nich wykorzystuje wbite spiralnie gwoździki/wykałaczki przez całą długość rury, które spowalniają ruch wypełniacza w środku (tutorial) Jednak z gwoździkami za dużo roboty, a drut też daje radę :-) Tak naprawdę folia aluminiowa albo papier do pieczenia skręcone w coś w rodzaju łańcucha DNA też dają radę.
Inne pomysły na rurki:
sofa
A co z kartonowej tuby #1
A co z kartonowej tuby #2
14 sty 2017
Bal przebierańców - kostiumy #5
Tym razem konkurs na najlepsze przebranie wygrywa Pan Grzyb (konkretnie Amanita Muscaria):
(Na tej stronie The Cardboard Collective w ogóle dużo fajnych pomysłów można znaleźć :-) )
W podobnym klimacie jest też Pan Dmuchawiec:
A w zupełnie innym Dziecko Meduza:
A że przebieranki sa dla wszystkich, niezależnie od wieku, niech zaświadczą fotki moich niezłomnych rodziców, którzy w tym roku w stylizacji krakowskiej, wbiegli na metę zimowego biegu Pielgrzym na Górze św. Anny:
I kilka archiwalnych z corocznego balu przebierańców w czeskich górkach (który, nota bene, sami sobie organizują):
Żaba i Bocian
Rumcajs i Hanka:
Żwirek i Muchomorek:
***
Pozostałe wpisy karnawałowe:
Kostiumy: drzewo
Kostiumy: dzieci
Kostiumy: skrzydła
Kostiumy: dodatki
(Na tej stronie The Cardboard Collective w ogóle dużo fajnych pomysłów można znaleźć :-) )
W podobnym klimacie jest też Pan Dmuchawiec:
A w zupełnie innym Dziecko Meduza:
A że przebieranki sa dla wszystkich, niezależnie od wieku, niech zaświadczą fotki moich niezłomnych rodziców, którzy w tym roku w stylizacji krakowskiej, wbiegli na metę zimowego biegu Pielgrzym na Górze św. Anny:
I kilka archiwalnych z corocznego balu przebierańców w czeskich górkach (który, nota bene, sami sobie organizują):
Żaba i Bocian
Rumcajs i Hanka:
Żwirek i Muchomorek:
***
Pozostałe wpisy karnawałowe:
Kostiumy: drzewo
Kostiumy: dzieci
Kostiumy: skrzydła
Kostiumy: dodatki
7 sty 2017
Muzyka ze śmietnika cz. 2
Przy sobocie zapraszam na kolejną część inspiracji dotyczących własnoręcznie robionych instrumentów muzycznych. W zasadzie instrumenty to określenie na wyrost, ale na pewno są to przedmioty wydające dźwięki.
1. DIY kalimba/karimba z metalowych wsuwek do włosów (stąd)
2. Marakasy z jajek niespodzianek i łyżek (stąd)
3. Membranofon (stąd)
4. Mini bandżo (stąd)
5. Talerze z CD
6. Przeszkadzajka z orzechów - wygląda na mega ekologiczną :-) (źródło)
A ten pan wymiata (super pomysły na muzyczny plac zabaw):
I instrukcja dostrojenia bumrurek (jeśli ktoś zapragnie takie zrobić):
I bonusowo - do posłuchania i popatrzenia (a nwet wirtualnego zagrania na) - muzeum dźwięków, czyli bardziej lub mniej znane instrumenty ludowe/tradycyjne (np. gadułka, baraban i suka).
***
Inne wpisy na temat DIY instrumentów muzycznych:
Fletnia pana ze słomek
Muzyka ze śmietnika cz.1
Harmonijka
1. DIY kalimba/karimba z metalowych wsuwek do włosów (stąd)
2. Marakasy z jajek niespodzianek i łyżek (stąd)
3. Membranofon (stąd)
4. Mini bandżo (stąd)
5. Talerze z CD
6. Przeszkadzajka z orzechów - wygląda na mega ekologiczną :-) (źródło)
A ten pan wymiata (super pomysły na muzyczny plac zabaw):
I instrukcja dostrojenia bumrurek (jeśli ktoś zapragnie takie zrobić):
I bonusowo - do posłuchania i popatrzenia (a nwet wirtualnego zagrania na) - muzeum dźwięków, czyli bardziej lub mniej znane instrumenty ludowe/tradycyjne (np. gadułka, baraban i suka).
***
Inne wpisy na temat DIY instrumentów muzycznych:
Fletnia pana ze słomek
Muzyka ze śmietnika cz.1
Harmonijka
4 gru 2016
Kalendarze adwentowe - last minute
O kalendarzach adwentowych pisałam już wiele razy i to chyba będzie ostatni post na ten temat, bo co jeszcze nowego można wymyślić?
W tym roku kalendarz DIY powstał dosłownie na ostatnią chwilę, a do jego zrobienia wykorzystałam:
Kalendarz zawisł w kuchni :-)
W tym samym czasie na fejsbuku zaroiło się również od kalendarzy zrobionych w trybie last minute przez znajome matki :-) Marta (mniej) i Magda (Weganizerka) wyraziły zgodę na publikację fotek, a więc:
Marta wykorzystała pojemniki po jogurtach, do których "Wrzucamy głównie smakołyki, zagadki-rebusy połączone z szukaniem prezencikow i jakies drobiazgi typu puzzle rozłożone na pojedyncze części, naklejki, samochodziki, figurki, magnesy, ozdoby na choinkę, jakies pierdółki do ich robienia."
Z kolei Magda: "dałam jeszcze jedną szansę wykazania się wszystkim dziurawym skarpetkom, które znalazłam w domu
. Słodycze
są w postaci 2 lizaków ksylitolowych, paczki rodzynek i batonika musli
"zdrowa kaloria". Reszta to drobiazgi typu notesik, balonik, świeczki
urodzinowe, małe puzzelki rozłożone na 3 itp."
A może i wy się macie czym pochwalić? Piszta na nashle[małpa]gazeta.pl :-)
W tym roku kalendarz DIY powstał dosłownie na ostatnią chwilę, a do jego zrobienia wykorzystałam:
- 24 plastikowe kule z automatów oferujących badziewka dla dzieci (pełno tego było nad morzem), do których włożyłam cukierki, orzechy, naklejki, przypinki i koraliki
- druciki
- plastikową bransoletkę
- papier, taśmę klejącą i nożyczki
Kalendarz zawisł w kuchni :-)
W tym samym czasie na fejsbuku zaroiło się również od kalendarzy zrobionych w trybie last minute przez znajome matki :-) Marta (mniej) i Magda (Weganizerka) wyraziły zgodę na publikację fotek, a więc:
Marta wykorzystała pojemniki po jogurtach, do których "Wrzucamy głównie smakołyki, zagadki-rebusy połączone z szukaniem prezencikow i jakies drobiazgi typu puzzle rozłożone na pojedyncze części, naklejki, samochodziki, figurki, magnesy, ozdoby na choinkę, jakies pierdółki do ich robienia."
Z kolei Magda: "dałam jeszcze jedną szansę wykazania się wszystkim dziurawym skarpetkom, które znalazłam w domu
A może i wy się macie czym pochwalić? Piszta na nashle[małpa]gazeta.pl :-)
30 sie 2016
Rokiś a ekologia
Pamiętacie taką bajkę Joanny Papuzińskiej "A gdzie ja się biedniuteńki podzieję?". O diable Rokicie, który musiał się przenieść do miasta, bo wycięto wszystkie wierzby przy drodze i nie miał gdzie mieszkać?
Odświeżam sobie lektury z dzieciństwa przy okazji wieczornego czytania Dziecku i czasem natrafiam na wątki, które jak ulał pasują do określenia edukacja ekologiczna. W 1981, kiedy wydano Rokisia, słowo ekologia odnosiło się jedynie do nauki o ekosystemach i nie było łączone z sozologią, czyli nauką o ochronie środowiska. Kilka(naście) lat później wszystko się pozamieniało i teraz eko jest synonimem starań o ochronę przyrody, a jeszcze częściej jest równoznaczne z greenwashingiem. Ale to inna historia, wróćmy do Rokisia.
W czasach kiedy Joanna Porazińska pisała bajkę o łobuzerskim czorcie, nie było jeszcze telefonów komórkowych, komputerów ani internetu. Dzięki temu Dziecko może się dowiedzieć, że butelki były cennym surowcem, naczynia myło się ręcznie, korzystano z maszyny do pisania zamiast komputera, a wiedzy szukano w encyklopedii i bibliotece.
Ale już wtedy wycinano drzewa przy nowych drogach (lęk przed drzewami mordercami ma jak widać ugruntowaną tradycję), po tychże jeździły samochody (ale przeważnie korzystano z transportu zbiorowego), już wtedy dymiły kominy i choć nikt nie mierzył czystości powietrza, to z pewnością przekraczało normy dla pyłu zawieszonego PM10. Dlatego można Rokisia czytać zarówno jako bajkę historyczną z realiami PRLu dla najmłodszych, jak i ekologiczną.
Zwłaszcza w trzeciej części cyklu, czyli "Rokiś i kraina dachów", znajdziemy takie opisy: "Wszystko tu było zapylone i czarne, ponieważ w większości domów stały staromodne kaflowe piece, w których każdy mieszkaniec musiał sam sobie palić węglem. (...) Kiedy się pokroiło śniegową pryzmę na brzegu chodnika - wyglądała ona jak torcik-stefanka - ciemna warstwa, a potem jasna, i ciemna, i znów...
Dopiero na wiosnę śnieg i pył węglowy mieszały się ze sobą i spływały brunatną strugą pod ziemię, przez dziury w żelaznych kratach.
Ale węgiel i tak wygrywał. Zostawał na chodniku, murach, balkonach i szybach. A także w ludzkich nosach i płucach."
No, cóż - dla dzieci jest to dużo mniej ciekawe niż przygody Kaśki i Rokisia, ale nam pozostaje zainteresować się tematem smogu, a zwłaszcza dobrych praktyk (zebranych na stronie Polski Alarm Smogowy).
Odświeżam sobie lektury z dzieciństwa przy okazji wieczornego czytania Dziecku i czasem natrafiam na wątki, które jak ulał pasują do określenia edukacja ekologiczna. W 1981, kiedy wydano Rokisia, słowo ekologia odnosiło się jedynie do nauki o ekosystemach i nie było łączone z sozologią, czyli nauką o ochronie środowiska. Kilka(naście) lat później wszystko się pozamieniało i teraz eko jest synonimem starań o ochronę przyrody, a jeszcze częściej jest równoznaczne z greenwashingiem. Ale to inna historia, wróćmy do Rokisia.
W czasach kiedy Joanna Porazińska pisała bajkę o łobuzerskim czorcie, nie było jeszcze telefonów komórkowych, komputerów ani internetu. Dzięki temu Dziecko może się dowiedzieć, że butelki były cennym surowcem, naczynia myło się ręcznie, korzystano z maszyny do pisania zamiast komputera, a wiedzy szukano w encyklopedii i bibliotece.
Ale już wtedy wycinano drzewa przy nowych drogach (lęk przed drzewami mordercami ma jak widać ugruntowaną tradycję), po tychże jeździły samochody (ale przeważnie korzystano z transportu zbiorowego), już wtedy dymiły kominy i choć nikt nie mierzył czystości powietrza, to z pewnością przekraczało normy dla pyłu zawieszonego PM10. Dlatego można Rokisia czytać zarówno jako bajkę historyczną z realiami PRLu dla najmłodszych, jak i ekologiczną.
Zwłaszcza w trzeciej części cyklu, czyli "Rokiś i kraina dachów", znajdziemy takie opisy: "Wszystko tu było zapylone i czarne, ponieważ w większości domów stały staromodne kaflowe piece, w których każdy mieszkaniec musiał sam sobie palić węglem. (...) Kiedy się pokroiło śniegową pryzmę na brzegu chodnika - wyglądała ona jak torcik-stefanka - ciemna warstwa, a potem jasna, i ciemna, i znów...
Dopiero na wiosnę śnieg i pył węglowy mieszały się ze sobą i spływały brunatną strugą pod ziemię, przez dziury w żelaznych kratach.
Ale węgiel i tak wygrywał. Zostawał na chodniku, murach, balkonach i szybach. A także w ludzkich nosach i płucach."
No, cóż - dla dzieci jest to dużo mniej ciekawe niż przygody Kaśki i Rokisia, ale nam pozostaje zainteresować się tematem smogu, a zwłaszcza dobrych praktyk (zebranych na stronie Polski Alarm Smogowy).
16 sie 2016
7 sposobów na rurki i słomki do picia
Kiedy ponad 6 lat temu pisałam na blogu o słomkach do picia, to zachęcałam: "zamiast plastikowych rurek do picia używajcie rurek wielorazowego
użytku. Można kupić stalowe, szklane i bambusowe, oczywiście nie w
Polsce, ale można :-)"
Otóż jak najbardziej można już w Polsce kupić rurki stalowe, szklane i słomiane. Te ostatnie, Eco Straw, przetestowałam i są spoko (o dostępność pytajcie tutaj), choć osobiście wolę stalowe (które też mamy w domu).
A co można zrobić z rurek plastikowych?
1. Rzeźbę - tak jak Annie Boyden Varnot:
2. Spiralne mobile:
3. Cichy instrument muzyczny a la fletnia pana (taki bardziej szum wiatru,ale łatwo zrobić i jest fun):
Zdjęcie pochodzi z bloga Mama, dzieci i śmieci - my naszą fletnię skleiłyśmy taśmą klejącą i też działa :-)
4. Dmuchawkę - rakietę (tu instrukcja i szablon)
5. Latawiec
6. Lifehack - aby uniknąć splątanych łańcuszków
Więcej lifehacków u Szalonego Rosyjskiego Hackera (cudowny akcent):
7. A najlepszy jest chyba pomysł na miniopakowania podróżne na pastę do zębów, szampon, czy zapałki albo tabletki. I w sumie myślę, że może wystarczyłoby zgiąć słomkę na pół i skleić brzegi mocną taśmą klejącą, zamiast zgrzewać je zapalniczką:
stąd
Pretty cool, what do you think, guys? :-)
Otóż jak najbardziej można już w Polsce kupić rurki stalowe, szklane i słomiane. Te ostatnie, Eco Straw, przetestowałam i są spoko (o dostępność pytajcie tutaj), choć osobiście wolę stalowe (które też mamy w domu).
A co można zrobić z rurek plastikowych?
1. Rzeźbę - tak jak Annie Boyden Varnot:
2. Spiralne mobile:
3. Cichy instrument muzyczny a la fletnia pana (taki bardziej szum wiatru,ale łatwo zrobić i jest fun):
Zdjęcie pochodzi z bloga Mama, dzieci i śmieci - my naszą fletnię skleiłyśmy taśmą klejącą i też działa :-)
4. Dmuchawkę - rakietę (tu instrukcja i szablon)
5. Latawiec
6. Lifehack - aby uniknąć splątanych łańcuszków
Więcej lifehacków u Szalonego Rosyjskiego Hackera (cudowny akcent):
7. A najlepszy jest chyba pomysł na miniopakowania podróżne na pastę do zębów, szampon, czy zapałki albo tabletki. I w sumie myślę, że może wystarczyłoby zgiąć słomkę na pół i skleić brzegi mocną taśmą klejącą, zamiast zgrzewać je zapalniczką:
stąd
Pretty cool, what do you think, guys? :-)
13 sie 2016
Czytam sobie
"Ostatni taki Amerykanin" Elizabeth Gilbert - niepozorna okładka i tytuł, autorka kojarzy się z "Jedz, módl się, kochaj" - czy to może być dobre?
A jednak :-)
Zaletą tej książki jest to, że opowiada prawdziwą historię, chociaż nie wiem, czy sięgnęłabym po nią, gdybym wiedziała, że to biografia. W dodatku człowieka, który jeszcze żyje :-) W dużym skrócie - istnieje na świecie mężczyzna, który w "dzisiejszych czasach" przeprowadził się do lasu mając 17 lat i potrafi o siebie zadbać w dziczy. A to oznacza - upolowanie zwierzyny, wykrzesanie ognia bez zapałek, zbudowanie schronienia, leczenie ziołami i inne tego typu umiejętności, które wybiórczo znają różni bushmani, survivalowcy czy zielarki.
Eustace Conway, o którym opowiada Gilbert jest postacią niezwykłą, a książkę czyta się naprawdę dobrze. Autorka od szczegółu do ogółu nawiązuje także do kondycji dzisiejszego człowieka, kryzysu męskości, stereotypu amerykańskiego twardziela, wpływu toksycznych relacji z ojcem na całe późniejsze życie, czy deficytu natury
"W takim podejściu jest sporo arogancji, ale jeszcze coś: głęboka alienacja. Wypadliśmy z rytmu. To takie proste. Skoro nie wytwarzamy już dla siebie żywności, to czy musimy zwracać uwagę na, powiedzmy, pory roku? Czy jest jakaś różnica pomiędzy zimą a latem, skoro możemy codziennie jeść truskawki? (...) I po co rozmyślać nad własną śmiertelnością tylko dlatego, że każdej jesieni w przyrodzie coś umiera? A kiedy przychodzi wiosna, czy warto zauważać to odrodzenie? Czy nam się chce poświęcić chwilę i być może komuś za to w duchu podziękować? Uczcić to? Jeśli opuszczamu dom jedynie po to, by pojechać do pracy, to po nam świadomość istnienia potężnej, pouczającej, nadzwyczajnej i wiecznej siły życiowej, która nieustannie nas opływa?"
Poznajcie prawdziwego człowieka lasu, człowieka gór, człowieka przyrody:
Jest też w tej biografii niezły wątek psychologiczny, który częściowo tłumaczy samotność Eustace'a, tego człowieka bardziej indiańskiego niż dzisiejsi Indianie. I wyjaśnia, dlaczego stworzony przez niego rezerwat przyrody Żółwia Wyspa pozostaje utopią, która raczej odpycha niż przyciąga ludzi. Polecam.
Lektura "Ostatniego takiego Amerykanina" idealnie koresponduje z książką, o której już wspominałam w poście o chmurach, czyli "Witaminą N" - poradnikiem dla dorosłych, jak rozwijać w dzieciach więź z przyrodą. Witaminę można czytać na wyrywki w poszukiwaniu pomysłów na plenerowe aktywności. No bo, nie oszukujmy się, na dźwięk słowa "spacer", moja Córka nie merda mentalnym ogonem, a po prostu bycie na dworze nie jest żadną atrakcją. Co innego słowo "podchody", "tropienie" lub wyprawa z jakimś określonym celem. Tylko co zrobić, kiedy brakuje pomysłów i wyobraźni? W poradniku znajdziecie zarówno pomysły na zabawy, jak i działania typowo edukacyjne (rozpoznawanie poszczególnych roślin i zwierząt, obserwacje przyrodnicze). Z perspektywy polskiego czytelnika odnoszę wrażenie, że amerykańskie dzieci (i ich rodzice) mają trudniej - w wielu miejscach tereny spacerowe ograniczone są jedynie do parków, a chodniki na przedmieściach nie istnieją, bo i tak wszędzie jeździ się samochodem. Richard Louv rekomenduje np. tworzenie grup spacerowych/rodzinnych klubów przyrodniczych, które trochę kojarzą mi się z zapomnianymi już kołami PTTK (btw PTTK co roku organizuje konkursy i wyprawy dla rodzin pn. Turystyczna Rodzinka), aby realizować wspólne wędrówki czy biwaki na łonie natury.
Zróbcie więc sobie dobrze i wyjdźcie z domu. Dziś w nocy mamy ku temu szczególnie dobry powód - wciąż powinny być widoczne Perseidy, czyli łzy świętego Wawrzyńca.
PS. Dziękuję wydawnictwu Mamania za możliwość przeczytania "Witaminy N" :-)
A jednak :-)
Zaletą tej książki jest to, że opowiada prawdziwą historię, chociaż nie wiem, czy sięgnęłabym po nią, gdybym wiedziała, że to biografia. W dodatku człowieka, który jeszcze żyje :-) W dużym skrócie - istnieje na świecie mężczyzna, który w "dzisiejszych czasach" przeprowadził się do lasu mając 17 lat i potrafi o siebie zadbać w dziczy. A to oznacza - upolowanie zwierzyny, wykrzesanie ognia bez zapałek, zbudowanie schronienia, leczenie ziołami i inne tego typu umiejętności, które wybiórczo znają różni bushmani, survivalowcy czy zielarki.
Eustace Conway, o którym opowiada Gilbert jest postacią niezwykłą, a książkę czyta się naprawdę dobrze. Autorka od szczegółu do ogółu nawiązuje także do kondycji dzisiejszego człowieka, kryzysu męskości, stereotypu amerykańskiego twardziela, wpływu toksycznych relacji z ojcem na całe późniejsze życie, czy deficytu natury
"W takim podejściu jest sporo arogancji, ale jeszcze coś: głęboka alienacja. Wypadliśmy z rytmu. To takie proste. Skoro nie wytwarzamy już dla siebie żywności, to czy musimy zwracać uwagę na, powiedzmy, pory roku? Czy jest jakaś różnica pomiędzy zimą a latem, skoro możemy codziennie jeść truskawki? (...) I po co rozmyślać nad własną śmiertelnością tylko dlatego, że każdej jesieni w przyrodzie coś umiera? A kiedy przychodzi wiosna, czy warto zauważać to odrodzenie? Czy nam się chce poświęcić chwilę i być może komuś za to w duchu podziękować? Uczcić to? Jeśli opuszczamu dom jedynie po to, by pojechać do pracy, to po nam świadomość istnienia potężnej, pouczającej, nadzwyczajnej i wiecznej siły życiowej, która nieustannie nas opływa?"
Poznajcie prawdziwego człowieka lasu, człowieka gór, człowieka przyrody:
Jest też w tej biografii niezły wątek psychologiczny, który częściowo tłumaczy samotność Eustace'a, tego człowieka bardziej indiańskiego niż dzisiejsi Indianie. I wyjaśnia, dlaczego stworzony przez niego rezerwat przyrody Żółwia Wyspa pozostaje utopią, która raczej odpycha niż przyciąga ludzi. Polecam.
Lektura "Ostatniego takiego Amerykanina" idealnie koresponduje z książką, o której już wspominałam w poście o chmurach, czyli "Witaminą N" - poradnikiem dla dorosłych, jak rozwijać w dzieciach więź z przyrodą. Witaminę można czytać na wyrywki w poszukiwaniu pomysłów na plenerowe aktywności. No bo, nie oszukujmy się, na dźwięk słowa "spacer", moja Córka nie merda mentalnym ogonem, a po prostu bycie na dworze nie jest żadną atrakcją. Co innego słowo "podchody", "tropienie" lub wyprawa z jakimś określonym celem. Tylko co zrobić, kiedy brakuje pomysłów i wyobraźni? W poradniku znajdziecie zarówno pomysły na zabawy, jak i działania typowo edukacyjne (rozpoznawanie poszczególnych roślin i zwierząt, obserwacje przyrodnicze). Z perspektywy polskiego czytelnika odnoszę wrażenie, że amerykańskie dzieci (i ich rodzice) mają trudniej - w wielu miejscach tereny spacerowe ograniczone są jedynie do parków, a chodniki na przedmieściach nie istnieją, bo i tak wszędzie jeździ się samochodem. Richard Louv rekomenduje np. tworzenie grup spacerowych/rodzinnych klubów przyrodniczych, które trochę kojarzą mi się z zapomnianymi już kołami PTTK (btw PTTK co roku organizuje konkursy i wyprawy dla rodzin pn. Turystyczna Rodzinka), aby realizować wspólne wędrówki czy biwaki na łonie natury.
Zróbcie więc sobie dobrze i wyjdźcie z domu. Dziś w nocy mamy ku temu szczególnie dobry powód - wciąż powinny być widoczne Perseidy, czyli łzy świętego Wawrzyńca.
PS. Dziękuję wydawnictwu Mamania za możliwość przeczytania "Witaminy N" :-)
3 sie 2016
Trudne odpady - pisaki
Pisaki, mazaki, flamastry, zakreślacze, długopisy, cienkopisy, żelpeny to odpady trudne, bo złożone. Bardzo rzadko trafiają do recyklingu, choć niektórzy (zwłaszcza rodziny z dziećmi) produkują je w ilościach wręcz hurtowych.
Na amerykańskich blogach znalazlam podzielone zdania na temat ich recyklowatelności. Green and Clean Mom twierdzi, że plastiku osłonek mazaków nie można oddać do recyklingu, natomiast autorka Crafting a green world podaje, że jak najbardziej można recyklować osłonki i nakrętki, ponieważ są zrobione z polipropylenu. Problem w tym, że Crayola markers są zrobione tak (ze względów bezpieczeństwa), że aby wyjąć wkład z pisaka (swoją drogą - co z nim potem zrobić?), trzeba użyć piłki albo pilnika. Z drugiej strony inna pani w komentarzach stwierdza, że firmy recyklingowe i tak nie chcą recyklować takich drobnych części, więc cały wasz ewentualny trud może pójść na marne...
Nie mam pojęcia, co z polskimi zakładami recyklingu, ale podejrzewam, że też nie wiedzą, co począć z takimi pisakami bez wkładów :-/
Cóż więc możesz zrobić?
łuk (via Pinterest):
palcynki (więcej pomysłów na Child central station)
Fletnia pana (instrukcja na Spryciarze.pl)
I jeszcze takie pomysły sprzed lat: Pisaki, kredki i ich drugie życie oraz dłuogpisy i flamastry
Na amerykańskich blogach znalazlam podzielone zdania na temat ich recyklowatelności. Green and Clean Mom twierdzi, że plastiku osłonek mazaków nie można oddać do recyklingu, natomiast autorka Crafting a green world podaje, że jak najbardziej można recyklować osłonki i nakrętki, ponieważ są zrobione z polipropylenu. Problem w tym, że Crayola markers są zrobione tak (ze względów bezpieczeństwa), że aby wyjąć wkład z pisaka (swoją drogą - co z nim potem zrobić?), trzeba użyć piłki albo pilnika. Z drugiej strony inna pani w komentarzach stwierdza, że firmy recyklingowe i tak nie chcą recyklować takich drobnych części, więc cały wasz ewentualny trud może pójść na marne...
Nie mam pojęcia, co z polskimi zakładami recyklingu, ale podejrzewam, że też nie wiedzą, co począć z takimi pisakami bez wkładów :-/
Cóż więc możesz zrobić?
- Jak zawsze ograniczyć :-) Czyli nie kupować kolejnych mazaków, zamiast tego przerzucić się na kredki. Wiem, że nie zawsze to możliwe, więc...
- wykorzystaj ponownie - przedłużaj żywotność pisaków, jak za czasów PRLu - maczając wkłady w occie lub spirytusie
- dbaj o nie - zawsze zakręcaj
- wykorzystaj wyschnięte pisaki do zrobienia kolorowych barwników. Wystarczy wyjąć zaschnięte wkłady i włożyć do słoika z wodą. Otrzymane barwniki można wykorzystać do eksperymentów, malowania, farbowania i ogólnie kreatywnie. Tak to robi Amanda0480:
- No, i na końcu upcykling :-)
łuk (via Pinterest):
palcynki (więcej pomysłów na Child central station)
Fletnia pana (instrukcja na Spryciarze.pl)
I jeszcze takie pomysły sprzed lat: Pisaki, kredki i ich drugie życie oraz dłuogpisy i flamastry
12 lip 2016
Z głową w chmurach - zostań cloudspotterem lub Dyzio Marzycielem
Czytam sobie ostatnio "Witaminę N" i dlatego częściej niż zazwyczaj zwracam uwagę na zjawiska przyrodnicze, konkretnie chmury :-) Jest w obłokach coś magicznego i ulotnego, świetnie rozumiem ludzi, którzy poświęcają życie fotografowaniu chmur (i tu polecam fp Bogusia "Niebo nad Opolem") lub tylko ich kontemplacji (Cloud Appreciation Society). A w lataniu samolotem nie ma nic lepszego niż obserwowanie chmur, kiedy leci się nad nimi :-)
(fotki by Natalia, na trasie Dublin- Wrocław)
Co do "Witaminy N", to jest to praktyczny przewodnik dla rodziców/opiekunów pomagający rozwijać kontakt z przyrodą i zapobiegać deficytowi natury (zdiagnozowanemu przez Richard Louv'a we wcześniejszej książce "Ostatnie dziecko lasu"). Witamina N to pomysły, które można wykorzystać na dworze. Jeden z nich brzmi: "Stwórz listę fotek na fotograficzne podchody (...) Każdego dnia z tego samego miejsca róbcie zdjęcia nieba i stwórzcie kolaż."
Gapienie się w niebo może być dobrym punktem wyjścia do bardziej zaawansowanych obserwacji meteorologicznych.
Zacząć można od zrobienia identyfikatora chmur, czyli przyrządu ułatwiającego rozpoznawanie rodzajów obłoków.
Identyfikator można ściągnąć z netu (jest kilka wersji), ale można też zrobić samemu, przedłużając zabawę o fotografowanie chmur i ich rozpoznawanie. Podstawowe rodzaje znają pewnie wszyscy: kłębiaste, warstwowe i pierzaste. Ale czy wiecie, że istnieją także mammatusy, chmury falowe albo formacja występująca w Alpach i znana jako Wąż Maloja? O tym ostatnim dowiedziałam się z filmu Sils Anna w ramach niedawnej projekcji kina letniego w GSW :-)
Wąż Maloja wygląda tak:
Aby przejść na wyższy poziom chmurologii, można też skorzystać z aplikacji Cloud Spotter (jak już sprawię sobie smartfona, to na pewno zainstaluję).
A dla miłośników DIY - lampa-chmura (stąd):
(fotki by Natalia, na trasie Dublin- Wrocław)
Co do "Witaminy N", to jest to praktyczny przewodnik dla rodziców/opiekunów pomagający rozwijać kontakt z przyrodą i zapobiegać deficytowi natury (zdiagnozowanemu przez Richard Louv'a we wcześniejszej książce "Ostatnie dziecko lasu"). Witamina N to pomysły, które można wykorzystać na dworze. Jeden z nich brzmi: "Stwórz listę fotek na fotograficzne podchody (...) Każdego dnia z tego samego miejsca róbcie zdjęcia nieba i stwórzcie kolaż."
Gapienie się w niebo może być dobrym punktem wyjścia do bardziej zaawansowanych obserwacji meteorologicznych.
Zacząć można od zrobienia identyfikatora chmur, czyli przyrządu ułatwiającego rozpoznawanie rodzajów obłoków.
Identyfikator można ściągnąć z netu (jest kilka wersji), ale można też zrobić samemu, przedłużając zabawę o fotografowanie chmur i ich rozpoznawanie. Podstawowe rodzaje znają pewnie wszyscy: kłębiaste, warstwowe i pierzaste. Ale czy wiecie, że istnieją także mammatusy, chmury falowe albo formacja występująca w Alpach i znana jako Wąż Maloja? O tym ostatnim dowiedziałam się z filmu Sils Anna w ramach niedawnej projekcji kina letniego w GSW :-)
Wąż Maloja wygląda tak:
Aby przejść na wyższy poziom chmurologii, można też skorzystać z aplikacji Cloud Spotter (jak już sprawię sobie smartfona, to na pewno zainstaluję).
A dla miłośników DIY - lampa-chmura (stąd):
Subskrybuj:
Posty (Atom)












































